Wciąż brakuje Ci motywacji do ćwiczeń? Nie wiesz jak zacząć regularnie ćwiczyć – a wiesz, że powinnaś – gdy tak bardzo, bardzo Ci się nie chce? Nawet pojęcia nie masz, jak dobrze to rozumiem, bo sama zmagałam się z własnym lenistwem praktycznie od zawsze.

Jak zacząć regularnie ćwiczyć w 2018 roku? Wiem, że właśnie teraz jesteś pełna motywacji do zmian. To dobrze! W dzisiejszym wpisie przedstawię Ci niezwykle prostą, ale jakże skuteczną strategię, która w moim przypadku W KOŃCU podziałała doskonale (a byłam naprawdę „ciężkim przypadkiem”!)

Jak zacząć regularnie ćwiczyć i pokonać ten okropny, wewnętrzny opór?

Uwierzysz, że w całym moim niemal 28 letnim życiu – obecnie pierwszy raz jestem aktywna fizycznie bez poczucia zniechęcenia, bez „przymusu” i bez zbędnego rozmyślania nad sensem ruchu? Po prostu wstaję rano i jednymi z pierwszych myśli, które pojawiają się w mojej głowie, są ćwiczenia. Wydaje Ci się to niemożliwe w Twojej obecnej sytuacji? Nie zniechęcaj się proszę. Opowiem jak to dokładnie wyglądało u mnie, co zrobiłam, a przede wszystkim co zmieniłam, aby osiągnąć stan, o którym być może i Ty marzysz :) Jest duża szansa, że sposoby zadziałają również u Ciebie! I nie sugeruj się tak całkiem tymi moimi porankami – być może dla Ciebie zupełnie inna godzina okaże się być najodpowiedniejsza,

Nie bój się – to nie jest jeden z tych tekstów, który zaleca regularne pomiary obwodu swojej talii, ważenie się co tydzień w celu automotywacji na widok osiąganych postępów, częste przeglądanie się w lustrze i cykanie kontrolnych fotek w bieliźnie. No i koniecznie obserwowanie na Instagramie przepięknych fitnessek, które każdego dnia pod swoim najnowszym zdjęciem z wypiętą do obiektywu pupą zapytają Cię: A TY? ZROBIŁAŚ JUŻ SWÓJ TRENING? Nie, nie przeczytasz też, że najlepiej byś zatrudniła trenera personalnego (chociaż to akurat działa wyśmienicie, ale w dalszym ciągu nie rozwiązuje problemu na zawsze).

Bo wiesz, ja robiłam wcześniej to wszystko… Nie mogę powiedzieć, że nie działało, bo działało – ale tylko na chwilę i nigdy nie doprowadziło do TRWAŁEJ ZMIANY, na której najbardziej mnie – i myślę, że Tobie również – zależy.

Miałam małe obawy tworząc ten wpis, ale strasznie chciałam podzielić się moimi spostrzeżeniami nie odkładając tego na później. Znasz przecież ten slogan: Nowy rok – nowa Ja! Szczerze mam nadzieję, że połączenie tych wszystkich sposobów (lub tylko wybranie dla siebie kilku z nich) pozwoli również i Tobie wreszcie „się ogarnąć” i wreszcie zmienić coś w zakresie swojej aktywności fizycznej w 2018 roku. To jak? Jesteś ze mną???

Jak zmotywowałam się do ćwiczeń i zaczęłam regularnie ćwiczyć?

W dużym skrócie: ano tak, że usunęłam występujący wcześniej OPÓR, który przeszkadzał mi w działaniu. Sukces w tych sferach zależy od mojej osobistej zmiany myślenia, a także podjęcia konkretnych działań.

Postanowiłam i tutaj wykonać ten najczęściej pomijany krok, który oddala nas od realizacji swoich celów, o którym pisałam Wam ostatnio na blogu. Sama tak szczerze zastanowiłam się DLACZEGO nie ćwiczę? Co mnie powstrzymuje? Co denerwuje i drażni? Co nieustannie staje na drodze? Więcej pytań, które pomogą Ci w takiej własnej „diagnozie” znajdziesz w podlinkowanym wpisie. To bardzo ważny krok i nie możesz go pominąć.

Odkąd pamiętam, byłam raczej średnio aktywna fizycznie. Okresy super intensywnej aktywności trwające kilka miesięcy przeplatały się z wielomiesięcznym siedzeniem na tyłku, zajadaniem przysłowiowej czekolady i użalaniem nad sobą. Nieustannie ze sobą walczyłam i nieustannie przegrywałam. Ostatnią aktywność przerwałam na długi czas z powodu bólu pleców, który „ukradł” mi 1,5 roku, ale dzisiaj nie będę się o tym rozpisywać.

A tak konkretnie, to dlaczego nie ćwiczyłam wcześniej regularnie?

Uprzedzam – część z punktów to głupie wymówki. Jest ich sporo, ale właśnie ich nazwanie i  uświadomienie sobie pozwoliło mi coś faktycznie zmienić. Być może wśród nich odnajdziesz siebie – a może masz zupełnie inne, własne. Wypisz je sobie koniecznie! Nie żartuję!

  • Bo nie miałam siły, po prostu zero energii, ćwiczenia wydawały mi się być strasznie męczące – no i bolały mnie te nieszczęsne plecy… I to tak naprawdę jest zamknięte koło, bo im mniej się ruszamy, tym gorzej będziemy się czuć (o ile oczywiście intensywny ruch nie jest przeciwwskazany przez lekarza), tym mniej energii do życia będziemy mieć.
  • Wkurzał mnie czas tracony na dojazdy do klubu fitness, przebieranie, mycie i tak dalej… Starałam się go znaleźć jak najbliżej, ale i tak zabierało mi to w ciągu dnia dodatkowe 45 minut.
  • Szybko traciłam motywację do samodzielnych ćwiczeń w domu… Testowałam wszystkie Chodakowskie, Mel B i inne znane fitnesski. Po kilku tygodniach po prostu mi się… nie chciało. Tutaj motywację zdecydowanie podtrzymywało jednak wychodzenie do klubu fitness.
  • Wkurzało mnie to, że muszę od treningów uzależniać dzień mycia włosów :) Wiem, że może Ci się to wydawać trochę śmieszne, ale niektóre dziewczyny pewnie mnie zrozumieją. Suchy szampon jakośtam ratował sytuację, ale gdy nie myjemy włosów codzienne, to intensywny trening, po którym aż z nas kapie, zmienia fryzurę diametralnie, haha.
  • Nie lubię być spocona… Wkurzają mnie mokre ubrania, ślizgające się dłonie, ściekający po twarzy pot. Niby nic wielkiego, ale nie lubię i już. Chyba dlatego, gdy byłam młodsza, często lubiłam chodzić na basen, ale z tego też musiałam zrezygnować, bo nawaliły mi zatoki.
  • Bo wszystkie inne zadania wydawały mi się ważniejsze niż czas poświęcony na ćwiczenia… Często maszerując sobie na bieżni pod górkę, albo robiąc kolejne powtórzenia na maszynie i wkurzałam się, że znowu jestem do tyłu z pracą. Starałam się umilać sobie czas przy nudnych ćwiczeniach np. na orbitreku, oglądaniem YouTube albo seriali, ale i to również zaczynało mnie nudzić.
  • Cała ta aktywność wydawała mi się zbyt dużym wyrzeczeniem… Ciągle towarzyszyło mi uczucie „ALE JAK TO? JA JUŻ TAK MUSZĘ ZAWSZE??? Przez miesiąc, dwa, pół roku – okej, ale żeby zawsze poświęcać tyle czasu i energii na sport???”
  • Nie umiałam zachować umiaru… Albo chodziłam na siłownię 4-5 razy w tygodniu po 1,5h, bo byłam pewna, że jak tylko przestanę to od razu przytyję… albo nie robiłam nic całymi miesiącami.
  • Fiksowałam się na temat wyglądu własnej sylwetki… Mierzyłam centymetrem, zbyt często ważyłam, robiłam te wspomniane wcześniej zdjęcia kontrolne stanowczo zbyt często.
  • Zazdrościłam innym dziewczynom na siłowni i podziwiałam ich zgrabne ciała. Kiedy ja będę takie miała??? Ta zazdrość potęgowała tylko negatywny obraz samej siebie.
  • Więcej życiowego zadowolenia odczuwałam z leżenia na kanapie i oglądania Netflixa… Smutne, ale prawdziwe.
  • Wewnętrzna niechęć i opór przewyższały zadowolenie z siebie po treningu… Tyle się mówi o tych endorfinach i tak dalej – no i one są naprawdę super. Ale nie na tyle super, by motywować mnie i pokonywać ten potężny opór przed zrobieniem kolejnego treningu.

No po prostu… MI SIĘ NIE CHCIAŁO!!! (a na zdjęciu poniżej widzisz miejsce, w którym obecnie ćwiczę codziennie).

Jak zacząć regularnie ćwiczyć

Zmiany, które wdrożyłam, aby zacząć regularnie ćwiczyć (i Ty również możesz!)

Przestałam traktować zdrowy styl życia „zero-jedynkowo”

Bywał albo ciężki, wyczerpujący trening na siłowni kilka razy w tygodniu, a na koniec jeszcze 30 minut cardio, dodatkowo spacer kiedy się da, samodzielne wnoszenie zgrzewek wody po zakupach zamiast wjeżdżania windą… Do tego super zdrowe posiłki, przeliczanie kaloryczności każdego śniadania i zastanawianie się nad ilością dodanych ziaren słonecznika, wyrzuty sumienia po zjedzeniu czegoś spoza jadłospisu…

albo… Siedzenie na tyłku przez większą część dnia, za każdym razem winda i podjeżdżanie wszędzie samochodem, unikanie jakiejkolwiek aktywności, umilanie sobie życia niezdrowymi, gotowymi daniami, słodyczami w niekontrolowanej ilości. No sama wiesz. A może też to znasz?

Po kilkunastu latach zmagań ze sobą (bo pierwsze odchudzanie zaliczyłam już jako nastolatka) uwierzyłam wreszcie, że tym razem będzie inaczej, że TA ZMIANA musi się udać. Nie byłoby to możliwe bez pewnej osoby, która również pomogła mi wdrożyć u siebie wiele innych, ważnych zmian. Należy się Jej tu naprawdę głęboki ukłon :)

Stało się to za sprawą dietetyka –  Dr Lifestyle (i Jej genialnego e-kursu na temat świadomego odżywiania i odchudzania – w lutym zaczyna się kolejna edycja, polecam gorąco!), która ponadto „opiekuje” się mną osobiście, no i cierpliwie wysłuchuje moich żali, czy jedzeniowych frustracji. Dziękuję, Monika!

Dzięki artykułom na blogu zaraziła mnie swoim rozsądnym podejściem i dążeniem do równowagi. Pokazała, że dążenie do jakiegoś wybranego „ideału” nie ma najmniejszego sensu.

W końcu przestałam wiązać aktywność fizyczną ze zdrową dietą, jako taki nierozerwalny pakiet. Inaczej niż do tej pory – że albo jem zdrowo i ćwiczę, albo jem byle co i się nie ruszam –  ze skrajności w skrajność!

Za radą Moniki skupiłam się na zrobieniu pierwszego, najmniejszego kroku. Czegoś, co będę w stanie bez wielkiego sprzeciwu wprowadzić od zaraz.

Wiecie, co mi powiedziała, gdy żaliłam się Jej, że jem byle co, cały czas i dosłownie nie wiem jak przestać? Mam nadzieję, że mnie nie zabije za to, co teraz piszę! Powiedziała, żebym dalej jadła te moje burgery i czekoladę, ale robiła to tylko w wyznaczonej porze posiłków i nigdy więcej. Powiedziała, że na dietetyczne rozpiski jeszcze przyjdzie czas – to miał być mój pierwszy, mały krok w kierunku uzdrowienia relacji z jedzeniem, a w konsekwencji z całym zdrowszym stylem życia. No więc dalej sobie jadłam pizzę i croissanty, ale już jakąś mniejszą miałam na nie ochotę, kiedy byłam po prostu głodna i chciałam zjeść POSIŁEK, taki wiesz, normalny. To był taki moment przełomowy.

Więc dalej jadłam te swoje burgery, ale zaczęłam powoli wdrażać ćwiczenia. I w mojej głowie coś w końcu przeskoczyło. Bo to nie jest tak, że Twoje ćwiczenia tracą sens, gdy zjesz później coś totalnie niezdrowego. Rozumiesz?

Zrozumiałam, że 10 minut ruchu ZAWSZE jest lepsze niż 0 minut ruchu

W mojej wersji jest to „10 minut jogi”, w Twojej może być jakakolwiek inna aktywność, jaką podejmiesz. 10 minut każdego dnia to ponad godzina aktywności tygodniowo!

Za mało? Wcale nie. Może na dłuższą metę warto byłoby to wydłużyć, ale ja nie planuję teraz się tym przejmować.

Bo 10 minut jest takim przedziałem czasu, do którego jestem w stanie się zmusić bez względu na to, jak strasznie mi się nie chce. Bez względu na to, jak dużo mam danego dnia pracy, kiedy już wydaje mi się, że tego dnia lepiej będzie odpuścić i od razu zabrać za sprzątanie, pranie, gotowanie, prasowanie i całą resztę. Nie! Na 10 minut ZAWSZE znajdzie się czas.

Znajdź taki własny „przedział” – to może być nawet 5 minut wymachiwania rękami, krążenia ramion, przysiadów, czy czego tam chcesz. To mogą być nawet ćwiczenia oddechowe.

Pamiętaj – te kilka minut to zawsze, ale to zawsze lepsza opcja, niż zero minut.

Oczywiście, że lepiej, by była to godzina. Byłabyś jeszcze zdrowsza i tak dalej. Tylko ta godzina musiałaby się wydarzyć – nie raz, nie dwa, nie dziesięć, a potem wydarzać regularnie – miesiącami, latami.

Ja niestety już z doświadczenia wiem, że się NIE wydarzy. Więc zostaję przy tych moich minimum 10 minutkach, które często i tak przedłużają się do 20, 30, a czasami nawet 60 minut.

I nie liczę tego, nie zapisuję nigdzie. Wiem, że wcześniej takie podliczenia w żadne dobre miejsce mnie nie zaprowadziły.

Jak zacząć regularnie ćwiczyć

Znalazłam SWOJĄ aktywność fizyczną

Bardzo długo poszukiwałam „swojej” aktywności fizycznej. Naprawdę – nie mogę powiedzieć, bym nie próbowała. W przeszłości chodziłam na różne zajęcia dla kobiet w klubach fitness, ćwiczyłam z trenerem na maszynach i z wolnymi ciężarami, kręciłam cardio, ćwiczyłam z filmikami na YouTube, kupowałam płyty z ćwiczeniami z Shape, chodziłam na basen, squasha, pole dance, ściankę wspinaczkową, biegałam… I wszystko, bez wyjątku, porzucałam po pewnym czasie.

Diametralna zmiana zaszła, gdy poczułam się tak bardzo, bardzo źle. Z moimi plecami było naprawdę kiepsko i utrudniały mi codzienne funkcjonowanie. Łykałam sporo leków przeciwbólowych i zupełnie już nie wiedziałam co robić. Jeden z fizjoterapeutów zasugerował mi, bym spróbowała jogi.

Nie od razu podjęłam tę myśl. Byłam wcześniej kilka razy z szkołach jogi, ale jakoś tak nie chwyciła mnie za serce.

Wszystko zmieniło się w dniu, kiedy wpisałam w wyszukiwarkę na YouTube „joga na kręgosłup” poszukując jakiegoś odpowiedniego zestawu ćwiczeń dla emerytów :) Przetestowałam kilka z nich, było ciężko, chwilami strasznie bolało, ale po ich zakończeniu czułam się tak jakoś… lepiej. Tak właśnie trafiłam na kanał Gosi Mostowskiej, z którą ćwiczę od wielu miesięcy i polecałam ją Wam już niejednokrotnie.

No i słuchajcie, stało się coś po prostu niesamowitego! Zakochałam się w tej całej jodze bez pamięci i mam wrażenie, że jest tym, czego szukałam od dawna :) Uwielbiam spokojne sekwencje, uwielbiam długie pozostawanie w pozycjach, bo czuję, że mi to służy, rozciąganie mięśni, które bolą, zyskiwanie większej świadomości swojego ciała, spokój i odprężenie, które mi daje…

Ćwiczę z Gosią niemal każdego dnia (pozwalam sobie na dni przerwy, gdy moje ciało tego potrzebuje, nie planuję ich jednak wcześniej, słucham siebie), od 10-60 minut w zależności od samopoczucia, czasu i własnych chęci. Zaliczyłam już jej warsztaty i jogowy weekend, kiedy to nagrywałam też vloga, którego możecie zobaczyć na moim kanale na YouTube.

Nie mogę pominąć faktu, że wybrana przeze mnie aktywność daje mi jasne, zdrowotne korzyści. Tu nie chodzi o aktywność dla idei, ja po prostu dobrze już wiem, że jeśli poćwiczę, to będę się czuła zarówno fizycznie, jak i psychicznie lepiej. Ból pleców, który od tak dawna mi towarzyszył, znacznie się zmniejszył i nigdy wcześniej nie oddychałam pełną piersią tak świadomie.

Joga chyba zasługuje na osobny wpis i nie będę teraz na jej temat się rozpisywać. Moim celem jest zachęcenie Cię do własnych POSZUKIWAŃ!

Bo joga może być dla Ciebie nie do przyjęcia – zbyt spokojna, nudna i tak dalej. Może lubisz się mocno spocić i zmęczyć. Lubisz czuć, że dałaś z siebie wszystko. Więc szukaj. Przetestuj różne nowe aktywności i znajdź taką, w której się zakochasz!

Potrzebujesz inspiracji? Zajrzyj koniecznie do Agnieszki, która prowadzi bloga Lifemanagerka. Agnieszka w swoim programie Zdrowomania regularnie testuje nowe, ciekawe aktywności. No mówię Ci, coś znajdziesz. Tylko nie mów, że nie lubisz się ruszać, jeśli jeszcze nie przetestowałaś wszystkiego, ok?!

Jak zacząć regularnie ćwiczyć

Stosuję triki, dzięki którym ćwiczenia stają się po prostu nieuniknione

Przede wszystkim sprawiłam, że codzienne ćwiczenia stały się dla mnie nieodłącznym elementem porannej rutyny. Nie zastanawiam się nad nimi, stały się równie oczywiste, jak poranne mycie zębów. Czyli wstaję rano, wypijam szklankę wody niegazowanej, idę do łazienki, a potem:

  • Od razu zmieniam piżamę na strój do ćwiczeń. Legginsy, top do ćwiczeń i jestem gotowa. Widzisz go na zdjęciu powyżej :)
  • Od razu po ubraniu się wyjmuję z szafy matę do jogi i rozwijam ją. Jak już się jest ubranym, a mata leży na podłodze, to naprawdę najcięższe zadanie ma się za sobą…

To wszystko nie wymaga ode mnie żadnego myślenia. Dopiero później poranna kawa, ogarnięcie makijażu, włosów i tak dalej.

  • Trzymam się stałej pory ćwiczeń – moim zdaniem jest to bardzo istotne. Czasem oczywiście zdarza się, że przesuwam ćwiczenia na inną godzinę, ale raczej tego unikam. Gdy brakuje czasu, bo muszę gdzieś wybyć, to skracam ten poranny rozruch do 5 minut rozciągania w piżamie. Tutaj po raz kolejny gorąco zachęcam Cię do znalezienia odpowiedniej pory na ćwiczenia dla siebie – może będzie to np. późne popołudnie, albo nawet wieczór, godzinkę po lekkiej kolacji?
  • Codziennie odznaczam sobie wykonane ćwiczenia w plannerze, w specjalnym habit trackerze (o tym też Wam kiedyś więcej napiszę). Takie niemal codzienne ćwiczenia bezpośrednio przekładają się na moje lepsze samopoczucie – można powiedzieć, że „mam na to papierze” :)

WAŻNE: Nie śledzę jednak czasu trwania ćwiczeń. Jak już wcześniej wspomniałam, takie dokładne kontrolowanie wszystkiego – źle na mnie osobiście wpływa.

Uznaję 10-minutowe rozciąganie za równie wartościowy trening, jak 60 minut intensywnych ćwiczeń.

Najważniejsze jest to, by on się WYDARZYŁ!!!

Zminimalizowałam opór, usunęłam przeszkody

Wyżej podzieliłam się z Tobą moimi wymówkami i wszystkimi powodami, dla których nie ćwiczyłam w przeszłości. Tym, co ciągle mnie wypełniało był OPÓR, wielki, wielki wewnętrzny opór przed podjęciem aktywności. Bo za długo, bo męczące, bo makijaż trzeba będzie robić od nowa i brać prysznic, pamiętasz, nie będę się powtarzać.

Okazało się, że praktykowanie jogi nie tworzy we mnie tego potężnego oporu, między innymi dlatego, że… (pamiętaj, że u mnie jest to joga, u Ciebie może być coś zupełnie innego):

  • Czas przygotowania do ćwiczeń zajmuje mi mniej, niż minutę. Po prostu odsuwam krzesło obrotowe na bok, rozwijam matę, odpalam sobie na YouTube ulubiony filmik z ćwiczeniami (lub robię bez filmu takie ćwiczenia, na jakie mam ochotę) i tyle!
  • Po zakończonych ćwiczeniach nie muszę się długo doprowadzać „do porządku”. Najczęściej wybieram bardzo spokojne praktyki o niskiej intensywności. Nie pocę się przy nich praktycznie wcale, więc nie mam potrzeby wskakiwania pod prysznic zaraz po (preferuję wieczorny relaks w wannie). Oczywiście, jeśli jakiegoś dnia zaliczam bardzo intensywną sesję, po której pot spływa mi ciurkiem po plecach, to znajduję kilka tych dodatkowych minut na szybki prysznic.
  • Ćwiczenia i praca ze swoim ciałem sprawia mi przyjemność już w trakcie praktyki jogi, a nie dopiero po, jak zwykle miewałam po treningach na siłowni, gdy cierpiałam w trakcie, a radość i satysfakcja pojawiały się w drodze do domu. Ćwiczenia, które robię są super.
  • Każdego dnia wybieram taki zestaw ćwiczeń, na jaki akurat mam czas i ochotę. Czuję napięcie w plecach? Robię 10 minut na odcinek lędźwiowy. Czeka mnie cały dzień przy kompie? Robię 25 minut ćwiczeń na otwarcie bioder. Czuję się jakaś taka skulona, spięta w klatce piersiowej? Robię 15 minut skłonów, skrętów i „psów”, albo relaksującą sesję na dobry nastrój, z naciskiem na otwieranie klatki piersiowej. Mam mnóstwo siły i mam ochotę na większy wycisk? Wybieram coś znacznie dłuższego i w szybszym tempie.

Jak zacząć regularnie ćwiczyć

Motywuję się wyłącznie własnymi postępami – i nie mają nic wspólnego z cyfrą na wadze!

To jedna z ważniejszych zmian, które wprowadziłam. Przestałam się ważyć i mierzyć. Przestałam robić zdjęcia kontrolne. Przestałam obserwować kształt mojego tyłka w lustrze.

Nie mówię, że to złe. Wiem, że zbytnie skupienie się na poprawianiu wyników na mnie akurat źle działa.

To, co motywuje mnie obecnie to…

  • Mniej bólu pleców na co dzień. Po prostu lepiej mi się żyje i pracuje. Wielogodzinna praca przy komputerze przestała mi się wydawać taka „zabójcza”. Gdy zaczynam czuć w plecach coś niefajnego – wstaję, przeciągam się przez minutę i czuję się znacznie, znacznie lepiej.
  • Łatwiej jest mi utrzymać wyprostowaną sylwetkę, nie garbię się. Zawsze starałam się trzymać w miarę prosto, ale wydawało mi się to być strasznie męczące. Skulona, ze zwieszonymi ramionami czułam się komfortowo, bezpiecznie, wygodnie. Teraz jest mi doskonale, gdy się wyprostuję. To wpływa pozytywnie na wygląd całej naszej sylwetki, odejmuje wizualnie kilogramów i dodaje pewności siebie.
  • Cieszy mnie większa swoboda w czasie wykonywania codziennych czynności. Tak banalnych, jak zakładanie na stojąco skarpetek, czy ściąganie ciasnego swetra. Wiem, że możesz tego nie zrozumieć, jeśli nigdy Cię coś długo nie bolało, ale to jest naprawdę ekstra! Doceniaj swoją sprawność! :)
  • Wyznaczam sobie cele związane z własnymi umiejętnościami, własnym etapem, własnymi możliwościami. Przykładowo: rozciągam mięśnie nóg, by kiedyś położyć pięty na ziemi w pozycji psa z głową do dołu. Chciałabym dotknąć czołem do kolan w skłonie. Wzmacniam ramiona i plecy, by kiedyś zrobić mostek, a może nawet, kto wie, kiedyś stanąć na głowie…
  • Najzwyczajniej w świecie czuję się lepiej, tak po prostu. Nie wyobrażaj sobie tu jakiejś wielkiej, rewolucyjnej zmiany. Nie, nie stałam się nagle jakaś totalnie natchniona, nie zostałam inną osobą. Ale tak to działa – człowiek, który o siebie dba, skupia się na poprawianiu stanu swojego zdrowia, już z automatu zaczyna się czuć lepiej, również z samym sobą.

Zadbałam o zdrową inspirację

Ze wszystkich sił staram się nie porównywać z innymi, ale motywować ich działaniami. Oglądam sobie tematyczne filmy na YouTube, staram się pogłębiać wiedzę (tutaj niezastąpiony jest kanał kolejnej Gosi – z Anatomii Jogi), sięgam po książki. „Joga Girl” Rachel Bratchen to jedna z moich ulubionych książek minionego roku, polecam Wam ją gorąco. Uczestniczę w grupach na Facebooku na temat jogi, obserwuję postępy dziewczyn, mogę tam zdobyć ważne dla mnie informacje i rozwiać wątpliwości w przyjaznej atmosferze.

Oprócz tego planuję znowu wybrać się na warsztaty, a wiosną i latem na pewno zaplanuję sobie jakiś kolejny, kilkudniowy wyjazd.

Yoga Girl książka

Ufff, to już chyba wszystko! Wiem, że ten artykuł jest bardzo obszerny, ale nie byłam w stanie ująć moich spostrzeżeń krócej. Zależało mi na zebraniu w jednym miejscu wszystkiego, co faktycznie NARESZCIE mi pomogło i pozwoliło zacząć regularnie ćwiczyć. Ten cel miałam na liście od zawsze….

Jeśli mój tekst był dla Ciebie przydatny – będzie mi ogromnie miło, jeśli polecisz go komuś, kto być może również potrzebuje podobnej motywacji.

Ciekawa jestem, czy zdecydujesz się wdrożyć któreś z zaproponowanych przeze mnie zmian? I czy znalazłaś już swoją ulubioną aktywność fizyczną?

Daj koniecznie znać w komentarzach :)


 

 

  • Fiołek88

    Bardzo lubię Dr Lifestyle :) Fajnie, że znalazłaś swoje ćwiczenia, które dają Ci radość, bo bez tego każdy wysiłek jest przymusem. Ja wdrażam ćwiczenia powolutku w domu (miejsca publiczne mnie przerażają) właśnie od takich 10-15 treningów. Niestety nie mogę ćwiczyć rano, ale staram się to robić po pracy, popołudniu.
    Jakoś tak jak napisałaś, że 10 minut dziennie to tygodniowo już godzina to od razu aż się uśmiechnęłam, nigdy tak tego nie przeliczyłam, a to jest dobry motywator dla kogoś kto nigdy nie ćwiczył :) Dziękuję :)

    • Monika jest the best :) Powodzenia w dalszych ćwiczeniach! W szczególności tych 10 minutowych! :)

  • Alina muszę się podpisać pod Twoim wpisem rękami i nogami. Ja jeszcze z aktywnością nie jestem tam gdzie bym chciała być, ale zadziałały dokładnie te same rzeczy. Swoją drogą wybrałam również jogę z powodu problemów z kręgosłupem. Mam objawy rwy kulszowej przez kręgozmyk. Niepocenie się, możliwość szybkiego rozłożenia maty, pomoc w redukcji bólu – same plusy :)

    • Ja uwielbiam też brak takiego bezpośredniego porównania, jak np. w bieganiu, gdzie masz tempo, dystans, czas i tak dalej. Tutaj nikt nie mierzy ile centymetrów brakuje Ci gdzieśtam w skłonie, po prostu robisz ile czujesz, to, w które miejsce uda się sięgnąć kolanem czy łokciem nie ma wpływu na osiągane korzyści :)

  • Kasia

    Super wpis :)

  • Asia Wittbrodt-Szulta

    A poleciłabyś jakieś grupy na tenat jogi, które obserwujesz i czytasz?

    • Moja ulubiona to „Joginki i jogini Gosi” – tam zaglądam najczęściej :)

  • Agenciq700

    Alinko dzięki Tobie odkryłam Gosię Mostowską i wręcz się zakochałam w jodze a czytając ten post całkowicie się z nim utożsamiam😊 też uważałam że dużo czasu marnuje i jakoś to zmęczenie po treningu całkowicie mnie zniechęcało🤔
    Ps. Nie chcę żeby zabrzmiało to jakoś banalnie ale uważam ze masz naprawdę bardzo fajna figurę, taką w sam raz😊

    • Dziękuję za takie miłe słowa :) Ciągle uczę się samoakceptacji :)

  • hellouu

    Przez ostatni prawie już rok chodzę na spinning na siłownię raz w tygodniu, niestety raz coś wypadnie, drugi raz i czasem wychodziły 3 tygodnie przerwy, kondycja siadała, a ja zaczynałam od nowa. Od świąt chodzę 2 razy w tygodniu, czuję poprawę, mniej się męczę, a ćwiczenia sprawiają przyjemność. Więc polecam systematyczność:) Jeśli któryś trening pominę, to i tak miesięcznie wyjdzie ok. 6 treningów a nie dwóch. Niedługo czeka mnie mnóstwo nauki, mam plan zamienić spinning na bieganie – stracę mniej czasu na dojazd, a wieczorem i tak się kąpię. Kilka razy podchodzę do biegania, często porzucam je – bo zima, bo zimno, bo wiatr, bo mokro. Dobrym motywatorem jest zapisanie się na jakąś imprezę biegową. 2 miesiące na przygotowania mi wystarczą, a trzymam jakiś reżim treningowy.

    Alino, może też spróbuję jogi, poleć jakiś filmik dla początkującej ciamajdy:)

    • hellouu

      aha, i mój sposób na trafienie na siłownię po pracy – biorę torbę ze sobą
      czasem gdy miałam obrócić dom-praca-dom-siłka gdzieś po drodze znalazła się wymówka (dziś w zasadzie źle się czuję, jestem zmęczona, jestem głodna) – to duży-mały krok, tak jak u Ciebie przebranie się i rozłożenie maty:)

      • Też to stosowałam kiedyś – zapakowana torba na siłownię czekała sobie z bagażniku :) Co do zmuszenia się do porannych ćwiczeń to słyszałam, że niektórzy zamiast piżamy wkładają na noc sportowy strój (jak dla mnie niewygodne), a np. buty do biegania i skarpetki ustawiają od razu przy łóżku :D

    • Dzięki za komentarz! Ja zaczęłam od filmów z kanału Gosi na kręgosłup (na zdrowy kręgosłup, na odcinek lędźwiowy itd.). Super są też lekcje jogi, od tego możesz sobie zacząć, idealne jako pierwszy kontakt z jogą (lekcje od 1 do 5). Aktualnie moje ulubione filmiki to joga dzień dobry, na stres, na dobre trawienie, na otwieranie bioder i hmmm… W sumie sporo tego jest jeszcze :D

  • Alicja

    Świetnie to ujęłaś! Jakbym czytała o sobie :)

  • Marta

    Świetny tekst, mógłby być jeszcze dłuższy haha. Chodakowska, Lewandowska czy jakaś inna fitnesiara która codziennie motywuje na insta story hmmm do mnie zdecydowanie to nie trafia i w żaden sposób nie motywują do działania. Próbowałam ćwiczyć z każdą ale zapał szybko się skończył i doszłam do wniosku, że to nie jest dla mnie bo tak samo nie lubię się zbytnio przemęczać😂 od dłuższego czasu mam ochotę na jogę, jakiś czas temu nawet spróbowałam ale po jednej z sesji na drugi dzień miałam jakieś straszne zawroty głowy i nie chciałam ponowny raz ryzykować :/ pewnie to wina złego oddychania. Ale wracając do tekstu bardzo mnie zmotywował i pokazałaś mi inną stronę ćwiczeń, zmieniło moje podejście do całego tematu ruchu. Aktualnie moją wymówką mógłby być fakt, że jestem po szpitalu, po zabiegach, ale właśnie to mnie zmotywowało, że nie mogę cały czas leżeć i wieczorami zbieram się bez zastanawiania I wychodzę na spacer bez wymówkek w stylu ” nie chce mi się bo muszę iść sama” albo ‚jest zimno i nie dam rady’ idę w bardzo wolnym tempie ale idę a po powrocie mam satysfakcję, że wyszłam, dotleniłam się i sen będzie lepszy :) Teraz to ja się rozpisałam, ale gdy pomyślę sobie, że ćwiczenia mają zająć mi tylko 10 minut w ciągu dnia znajdę w sobie siłę, a jak znajdzie się aktywność którą się lubi czasami może się ten czas wydłużyć :) czekam na cieplejsze dni by z przyjemnością jeździć rowerem :)

    • Dzięki Marta! Sama często zapominam o tym, że zwyczajny spacer to również cenny dla nas ruch! :) I również czekam na pogodę bardziej rowerową, poprzedniego roku zupełnie w tym względzie nie wykorzystałam…

  • Nemesis Nave

    Myślę, że super podpunktem jest „znajdź SWOJĄ aktywność”.
    Jak próbowałam się przymuszać do biegania, to mimo 200 podjętych prób, zawsze kończyło się to fiaskiem – bo po prostu tego nie lubię (no chyba, że od czasu do czasu, niezobowiązująco :D). A gdy odkryłam ściankę wspinaczkową… Cóż – po prostu to lubię, czemu więc miałabym unikać? : )

    • Wspinaczka jest cudowna – przed jogą to był mój ukochany sport, miałam niesamowitą frajdę z tego, ale musiałam odpuścić ze względu na problemy ze stopami po tych hardkorowo ciasnych butach :D Żałuję, bo uwielbiam być wysooookooo i kompletnie nie mam lęku wysokości :)

  • Dziękuję! <3

  • Właśnie od kilku tygodni zabieram się za włączenie jakichś ćwiczeń do mojego planu dnia i mi nie wychodzi. Co mnie powtrzymuje? Chyba nie umiem się zabrać za wybranie konkretnej aktywności. Dziś więc siadam przed komputerem, wybieram jakieś ćwiczenia dla kobiet w ciąży i ćwiczę 10 minut dziennie! Dziękuję za inspirację :)

    • I jak? Udało się? :)

      • O tak, z Twoją pomocą! Daleko nie musiałam szukać – gdy zobaczyłam ciążowy brzuszek Gosi Mostowskiej, od razu mnie przekonała :)

        • Wiedziałam ! Przy Niej nie da się pozostać obojętnym ;D

  • KarMagKat

    Wszystko super. Tylko że łatwo jest pisać top porady osobom, które same decydują o swoim porządku dnia nie pracując na etacie. Najlepiej ćwiczy mi się rano, kiedy studiowałam i pracowałam zdalnie byłam aktywna i ćwiczyłam regularnie. Wstawałam rano, ćwiczenia potem wizyta w łazience i śniadanie. Wszystko sobie poukładałam i działam perfekcyjnie. A potem przyszedł etat 8h + pół godziny dojazdu w jedną stronę i wszystko poszło w las. Gdybym chciała zachować rytuał z poranka musiałabym wstawać przed piątą i iść spać max o 21. Sorry, ale nie jestem w stanie. Nie lubię ćwiczyć wieczorami a po południu często mam sporo rzeczy jeszcze do załatwienia. I tak od roku próbuję znaleźć swój sposób na regularną aktywność fizyczną. Póki co bezskutecznie, tym bardziej, że mam tak niskie zarobki, że muszę dorabiać w domu po godzinach. Nie szukam wymówek, po prostu śpiąc 8h (bo tyle potrzebuję), pracując 8h, dojazd 1-1,5h, dorabiając ok. 4h nie mam kiedy. Bo jeszcze muszę sobie ugotować, przygotować jedzenie do pracy (regularne posiłki akurat udało mi się zachować) i mieć chwilę odpoczynku (zapierdalałam na pełnych obrotach przez ostatnich 8 lat i już więcej nie daję rady). Fajnie byłoby też budować relacje w związku. Mnie nie trzeba przekonywać, że ćwiczenia są super. Ja to wiem, tylko niech doba trwa dwa razy dłużej.

    • Ola

      Ale to chwalisz się czy żalisz? Mamy Ci jakoś pomóc? :)
      Super masz rozkład dnia, podziwiamy. Alina napisała, że Jej cel to poświęcenie 10 MINUT dziennie na ćwiczenia – JEJ pomaga i jest zadowolona więc inspiruje innych, żeby chociaż w taki sposób coś ze sobą zrobili, spróbowali jeśli nie mają czasu, bo sama widzi efekty. Dodatkowo nie narzuca swojego zdania, ze „tak i tak” , „wtedy i wtedy” będzie najlepiej, tylko ZACHĘCA żeby znaleźć cokolwiek, nawet na głupie 10 minut – dla siebie.
      A Ty wylewasz żółć wyciągając argumenty dotyczące Jej trybu pracy, serio?
      Kurde, nie spodziewałam się, że do tak „elastycznego” w odbiorze tekstu można się przyczepić, WOW. :D
      Pozdrawiam i życzę więcej spokoju, pokory i samozadowolenia! :)

  • Magdalaena

    Cieszę się, że znalazłaś swoja aktywność, która daje Ci fun.
    Ale IMHO część osób musi się pogodzić z tym, że być może takiej aktywności nigdy nie znajdzie. I trudno – pozostaje nam ćwiczyć z obrzydzeniem, a najwyżej minimalizować te niefajne elementy.

    Ja miałam bardzo złe doświadczenia z WF i innych aerobików, szczególnie źle wspominałam bycie najgorszą w grupie. Dlatego wybrałam samotne ćwiczenia na siłowni z trenerem personalnym, bez muzyki.

    Po trzech latach ćwiczeń raz w tygodniu w niedzielę mogłam powiedzieć, że ćwiczenia stały się mniej okropne, weszły mi w nawyk, na niektórych maszynach podnosiłam coraz więcej i więcej. No i kochałam to uczucie ulgi podczas poćwiczeniowego prysznica, tę świadomość, że już mam to za sobą i mogę zrobić coś przyjemnego. Ale sama siłownia nigdy nie sprawiała mi przyjemności (leżenie i czytanie nadal wygrywa) i nigdy nie miałam tego słynnego przypływu endorfin. Nie schudłam także i nie poprawiłam swojej ogólnej kondycji np. nie byłam w stanie dołożyć porcji ćwiczeń przed albo po pracy.

    Mam też sporo zastrzeżeń do trenerów, z którymi współpracowałam. Mam wrażenie, że większość z nich to osoby bez fachowego przygotowania, a jedynie z doświadczeniem z własnych ćwiczeń. Szczególnie wkurzało mnie to, że nie potrafili odróżnić złego samopoczucia od prostego lenistwa.
    W tej chwili jestem po operacji i na razie podnoszenie ciężarów jest wykluczone, ale z mieszanymi uczuciami myślę o powrocie na siłownię – z jednej strony chciałabym znowu popodnosić ciężary, z drugiej aż mi skóra cierpnie na myśl o szukaniu trenera.

    • Pozostaje ćwiczyć z obrzydzeniem? Serio?? Zastanów się co piszesz. Na aerobiku i siłowni sport się nie kończy. A probowalas czegoś innego? Jest MNÓSTWO alternatyw. Od basenu, squasha, przez canicross, saneczkarstwo, dogtreking, treking, ściankę wspinaczkową, jazdę na rowerze torową, miejską lub przełajową, jazdę konną, marszobiegi z książką w uszach, boks, kickboxing, rolki, hulajnogę , skakankę i hulahop. Ja np. lubię krav magę (choć nie tylko), bo jest nie tylko ogólnorozwojowym treningiem, ale daje też poczucie siły i umiejętności samoobrony. Polecam. Wsiąkłam pomimo szczerej nienawiści do wszelkich zajęć grupowych.

      • Popieram Annę :) Zamiast tak straszliwie zmuszać się do siłowni naprawdę zabierz się za testowanie innych aktywności. Jest ich znacznie, znacznie więcej, niż nam się wydaje! Zobacz sobie te testy na kanale Zdrowomania :)

      • Magdalaena

        Próbowałam: aktywności składających się na szkolny WF (wszystkie były okropne), skakanki (ciągle byłam gorsza od koleżanek), hulahop (również), pływania (pluskanie się w wodzie jest fajne, ale nie nauczyłam się pływać), aerobiku i podobnych zajęć na studiach (koszmar), jazdy na rowerze (była fajna latem kilkanaście lat temu, jak byłam młodsza, sprawniejsza i miałam więcej czasu), nordic walkingu (ma pewien urok, ale latem na wakacjach). Przez pewien czas ćwiczyłam w domu na orbitreku, ale moje kostki i kolana znosiły to coraz gorzej.

        I jeśli miałam już wybrać aktywność, którą można uprawiać cały rok w mieście, to wyszło mi, że siłownia jest właśnie najmniej okropna ze wszystkich. Bo jest pod dachem, nie ćwiczy się w grupie, nie trzeba dostosowywać się do muzyki, inni ćwiczą w tym samym pomieszczeniu, ale nie robią tego samego, co ja.

        Zazdroszczę ludziom, którzy ćwiczą z przyjemnością, ale nie bardzo mam pomysł, czego jeszcze mogłabym spróbować. Żaden sport mnie nie nęci, a w dodatku ciężko byłoby mi znaleźć wstępne zajęcia dostosowane do mojej słabej kondycji. I dlatego jasno mówię – nie każdy doświadcza przypływu endorfin, czasami trzeba po prostu zacisnąć zęby i wybrać najmniej obrzydliwe zajęcia.

        • Anna R

          Jak lubisz pluskac sie w wodzie a nie najlepiej Ci idzie plywanie (tak jak mi), to sprobuj aquaaerobiku. To fajna zabawa i pod woda tak na prawde nikt nie widzi jak intensywnie cwiczysz, wiec jesli Twoja kondycja jest slaba na poczatek to i tak nikt nie zauwazy. Z kolei, jak masz duzo energii, to mozesz dac z siebie na prawde duzo podczas takich zajec. Jedyny minus to mycie i suszenie wlosow i czas z tym zwiazany, ale nawet jesli pojdziesz tylko dwa razy w tygodniu to juz cos :)

          • Magdalaena

            Byłam raz na aquaaerobiku i było mało fajnie – grupa kobiet, które wyraźnie wiedziały co robią i ja początkująca, a w dodatku wszystko przy muzyce :-( Przy czym mnie przeszkadza sama świadomość bycia najgorszą, nawet jeśli nikt tego nie widzi. No ale może wiosną zmuszę się do pójścia jeszcze parę razy, może będzie mniej okropnie.

      • Yaga

        Owszem, jest mnóstwo aktywności, ale nie wszystkie aktywności są tak samo łatwo dostępne i mozliwe do wykonania, zwłaszcza jeżeli to ma być aktywność wykonywana regularnie.
        Ja akurat kocham narty w Dolomitach, ale nie ma szans, żebym mogła traktować to jako sport uprawiany regularnie. I nawet gdybym się tam przeprowadziła, to i tak zostają letnie miesiące, w których nie mam szans na uprawianie tego sportu.
        Naprawdę zawsze są jakieś ograniczenia, część mozna pokonać, wiadomo, ale części naprawdę nie da się pokonać, takie są realia.

        • Droga Yago, to nie jest artykuł o uprawianiu WIELKIEGO sportu, a jedynie o zbudowaniu u siebie nawyku chociażby drobnej aktywności fizycznej. Napisany na podstawie moich własnych, kilkunastoletnich doświadczeń. Czytałaś?
          A poza nartami zawsze można na co dzień pomyśleć o „rolkach, hulajnodze, skakance i hulahop…” – jak słusznie powyżej wymieniła Anna ;D

          • Yaga

            Odnosiłam się tylko do komentarza powyżej (co wynika z drzewka), nie do artykułu jako takiego.
            Z artykułem problemów nie mam ;)

  • Cześć:) Jak dla mnie możesz pisać jeszcze dłuższe teksty, a wiem, że i tak będą się świetnie czytać!

    Zgadzam się w stu procentach z tym, co napisałaś. Nie każdy musi mieć frajdę z chodzenia na siłownię, basen czy biegania, czyli z tego, co jest teraz na topie. Jak się tak zastanowić jest naprawdę mnóstwo wariantów aktywności fizycznej, jakie możemy wykonywać przy okazji innych czynności, że głowa mała. Codziennie staram się na przykład puścić jakąś muzykę i sobie do niej potańczyć, albo jadąc gdzieś metrem wysiadać jeden, dwa czasami nawet trzy przystanki wcześniej.

    Taka suma małych czynności jest właśnie kluczem do sukcesu. Dobrze mówisz, że 10 minut w ciągu dnia nikomu różnicy nie zrobi. Serio uważam, że nikomu. Nasze wszystkie małe kroki się dodają w te milowe.

    Też kiedyś tak miałam, że jak zjadłam kostkę czekolady więcej niż założyłam to już jadłam pół czekolady, na pohybel. A to są właśnie takie różnice w podejściu, o których piszesz. Nie trzeba być perfekcyjnym, ale trzeba się szczerze starać. Jak ktoś ma pracę biurową to szczególnie musi we własnym zakresie dbać o codzienny ruch.

    Osoby, które mają dzieci mogą przecież w ramach wspólnego spędzania czasu wykonywać z nimi jakąś drobną aktywność fizyczną, pokazywać zawczasu, że to jest fajne. Jak wiadomo potem szkoła je zniechęci;) To jest trochę tak, że jak ktoś nie chce nic robić to znajdzie spokojnie wymówkę. Tylko trzeba po prostu szczerze sobie odpowiedzieć czy naprawdę się nie da czegoś małego zmienić.

    Odlubiłam, na początku roku z ciężkim sercem, na Instagramie i Ewę i Anię, bo zamiast mnie motywować to mnie stresowały. Za to teraz Ty działasz jak inspiracja! :)

    • Olu, dziękuję za miły komentarz <3 Takie słowa dla blogera są właśnie motywacją i potwierdzają sens jego "istnienia" w blogosferze. A co do wymówek, to tak jak piszesz, zawsze się jakaś znajdzie, a przy wewnętrznym oporze nawet te kilka minut staje się nie lada wyzwaniem. Ale my damy radę, prawda? ;D

  • Czytając Twoje wymówki, jakbym czytała o sobie. Wiele z ego się pokrywa. U mnie ulubiona musiała się zmienić. Obecnie staram się zakochać w jodze, z powodu problemów zdrowotnych. Dziękuję Ci za ten tekst. Znalazłam sporo siebie w nim i teraz czuję, że zaczynam inaczej patrzeć na ćwiczenia. Tego było mi dodatkowo trzeba, aby się przekonać do regularności.

    • Zacznij od prostych, kilkunastominutowych lekcji dla początkujących, np. na kręgosłup, 2, 3, 4 razy w tygodniu. A potem zobaczysz, że od rana będziesz myśleć o tym jak wieczorem rozwijasz matę. Uda Ci się :)

  • Magda Hanak

    Podoba mi się Twoje ZDROWE podejście do tematu. Czytam Cię już naprawdę od lat i zawsze, zawsze chętnie wracam. Ten argument z uzależnieniem ćwiczeń od mycia głowy w punkt, w każdym z moich zdrowych zrywów musiało być to uwzględnione, hahaha :D Odkąd mam krótkie włosy jest nieco łatwiej, ale moje zdrowie na tyle się posypało, że straciłam motywację do szukania jakichkolwiek ćwiczeń, które mogłyby mi pomóc. Kolana jednak są potrzebne nawet w jodze… :)

    • Przejrzyj na kanale różne ćwiczenia i na początek wybierz takie, które nie angażują kolan, albo te newralgiczne sekwencje pomijaj. Ja zaczynałam od kilkunastominutowej jogi na kręgosłup, ćwiczenia na siedząco, na leżąco… Na pewno znajdziesz coś dla siebie i niekoniecznie też musi to być joga :) Życzę zdrówka!

      • Magda Hanak

        Dzięki! Poszukam :) Jakoś muszę zgubić te zimowe zapasy, a kręgosłup też mógłby zaznać trochę ulgi (podobnie jak Ty – dużo pracy przy komputerze w domu). Pozdrawiam i dziękuję za inspirację!

  • Dominika

    Zadałam sobie te pytania odnośnie tego co mnie zniechęca i wynikło, że jedną z rzeczy są te wszystkie czynności „okołotreningowe”, które trzeba zrobić… Mam tutaj na myśli szczególnie mycie, szykowanie się do treningu. Widzę, że do tej pory źle to robiłam. O ile z myciem tutaj za wiele nie zdzialam to pozostałe rzeczy da się zmienić. Np naszykować strój, matę gdzieś na wierzchu żeby to nie zajmowało aż tak dużo czasu.
    Zawsze mi się wydawało że jak już mam ćwiczyć to się nie opłaca tylko na 10 czy 15 minut.. i przez to chyba nie ćwiczylam wcale 😅. Przeczytałam wpis w tramwaju i do mieszkania już weszłam po schodach 😉
    Dzięki wielkie za ten wpis.

  • Fajny wpis! Naprawdę taki wartościowy i ludzki przede wszystkim.
    Ja jestem aktywna od osiemnastego roku życia, czyli uwaga to zaledwie dwa lata ;) Mam tu na myśli taką aktywność na poziomie, a nie etapy wzlotów i upadków, po te ciągnął się za mną przynajmniej 6-7 lat… Ze sportem nigdy nie byłam specjalnie zaprzyjaźniona, nie nawiedziłam wf w szkole bo to oznaczało grę w siatkówkę czy inną ręczną… Nigdy nie byłam dobra w tych dwóch dyscyplinach, nie umiem zagrywać do tej pory (i jakoś jakość mojego życia na tym nie ucierpiał kompletnie ;D), ale na lekcji czułam się upokorzona faktem, że nie umiem grać w coś z czym dobrze radzą sobie inne dziewczyny. Końców końców wf nauczył mnie że sport to zło. Dopiero kiedy miałam poważne problemy zdrowotne i przez niemal całe LO nie chodziłam na wf zaczęłam pomału oswajać się ze sportem, odbudowywać swój organizm po chorobie na tyle ile pozwolił mi lekarz i nagle coś zaskoczyło. Przez 1,5 roku chodziłam na siłownie potem porzuciłam to na rzecz sztuk walki, które trenuję siódmy miesiąc i totalnie przepadłam. Ponieważ do tego sportu liczy się i wydolność i wytrzymałość i silne ciało i mocno rozciągnięte do tego, to właściwie zasuwam jakieś cztery razy w tygodniu by przygotować swoje ciało na treningi, które mam dwa razy w tygodniu. W sumie sześć dni aktywności fizycznej i nagle z dziecka, które nie lubiło wf stałam się kobietą, dla które sport jest pasją. Natomiast gdyby kazali mi grać w siatkówkę dalej nic by z tego nie wyszło… bo ja po prostu tego nie lubię. Dlatego tak bardzo ważne jest by kochać to co się robi, by znaleźć sport dla siebie.

    Również nigdy nie lubiłam się pocić tak jak to opisałaś, ale dziś uwielbiam to uczucie bycia morką po treningu, mam wasze wrażenie, że uleciała ze mnie zła energia. Aczkolwiek to nie oznacza, że zawsze mi się chcę! Są takie dni kiedy mam lenia i olewam trening dla równowagi psychicznej ;) Warto sobie uświadomić, że jesteśmy TYLKO ludźmi i mamy PRAWO do odpuszczania. Działanie 0:1 to coś z czym ja również bardzo się zmagałam i to bardzo mnie ograniczało. Na szczęście ten etap już jest za mną ;)

    Super, że podzieliłaś się swoim doświadczeniem, gratuluję Ci udanego wpisu i gigantycznego postępu w kwestii aktywności fizycznej ;) Myślę, że mówię to w imieniu wszystkich czytelniczek Twojego bloga: prosimy o więcej tak motywujących wpisów :)
    Pozdrawiam

    • Wow, podziwiam za tyle energii i aktywności – tak trzymaj!
      I dziękuję za miłe słowa :)

  • Wiesz, coś w tym jest. Moja mama (wiek 60+) dostała kilka lat temu pod choinkę orbitrek. Często mówiła, że chciałaby mieć coś do ćwiczeń, więc kupiliśmy jej orbitrek. Przyznam, że patrzyłam na to z przymrużeniem oka, myślałam: „Poćwiczy miesiąc, dwa i będzie po sprawie”. Minęły cztery lata. Mama cały czas ćwiczy. Codziennie 15-20 minut. Ktoś mógłby powiedzieć, że co to jest te naście minut. Ale po 4 latach już trochę się tych minut zbierze. Nie wspominając już o jej sumienności i konsekwencji. Ona nie myśli, czy ma siły, czy nie; czy ma ochotę. Nie szuka wymówek. Przychodzi wieczór, choćby się paliło, waliło przed kąpielą krótki trening jest.
    Sama jej zazdroszczę..

    • Magdalaena

      „Ona nie myśli, czy ma siły, czy nie”

      Nikt nie myśli, czy ma siłę ćwiczyć. Po prostu jak nie masz siły, to leżysz i czekasz aż będzie lepiej. Nie obchodzą Cię ćwiczenia, niepozmywane naczynia itp.

      • Yyyyy….Nie rozumiem?…A może mój komentarz jest niezrozumiały?…

        • Magdalaena

          Nie wiem, czy chodziło Ci o to, że
          1. Twoja mama nie zastanawia się nad tym, czy ma siłę ćwiczyć.
          2. Twoja mama ćwiczy nawet jak nie ma siły.

          Opcja 1 wydaje mi się oczywista – jeśli ma orbitrek w mieszkaniu, to nie musi się zastanawiać przed ćwiczeniami.

          Opcja 2 wydaje mi się niemożliwa. Jeśli nie ma siły, to jak mogłaby ćwiczyć?

          • Zofia Białek

            Brak mi słów jak można tak szukać dziury w całym…

  • Ruda

    Jak bym czytała o sobie :) wszystko się zgadza nawet miłość do jogi po praktyce z Gosia<3

  • Macte Animo

    Bardzo motywujący wpis :) Dzięki że jesteś szczera i nie owijasz w bawełnę ;) Też zauważyłam, że jak nie liczę sobie ile czasu już ćwiczę / ile km przebiegłam / to nie odczuwam presji i trening sprawia więcej przyjemności. Co do przeszkód to hm.. u mnie (i pewnie znalazły by się jeszcze inne osoby w podobnej sytuacji) to co mnie powstrzymuje to studia dzienne – wychodzę rano, wracam wieczorem i nie mam ochoty jeszcze na ćwiczenia, skoro jeszcze trzeba się przygotować do zajęć na uczelni. A przecież chodzę na basen (który uwielbiam!) w ramach wf-u. Zostają weekendy, ale w zimę, to się długo śpi, spotyka z przyjaciółmi i jakoś nie sprzyja porannym ćwiczeniom – o takie głupie wymówki :) (Zawsze na wiosnę, jak jest cieplej to się chętniej wychodzi z domu – chociażby na basen ;) Nowy rok to dobry moment, żeby to zmienić :D Pozdrawiam i życzę Ci, żebyś wytrwała w swoich ćwiczeniach!

    • Dziękuję, mocno się staram, żeby ten nawyk pozostał na stałe :)
      A na chwilę ćwiczeń każda pora dnia jest dobra, nie tylko rano – tak że wieeesz… ;D

  • Mi się dzisiaj bardzo nie chciało, ale jednak wyszłam pobiegać… To nic, że wyszło z teo tylko 2km i krótkie rozciąganie :) I tak jestem zadowolona.

    • I słusznie, to aż 2km. A 2 to zawsze więcej niż 0 !!!

  • blueeyedpanda

    W zeszłym roku tak właśnie te 10-15 minut ćwiczyłam z koleżanką w pracy na przerwie (mamy na to miejsce w chill roomie – korpo zawsze spoko :D) i dawało mi to energię do dalszej pracy i jakoś tak łatwiej było znieść to siedzenie na krześle. Później miałam problemy zdrowotne, moja ćwiczeniowa partnerka zmieniła pracę, ja zespół i miałam mniej czasu. Ale od kilku dni do tego wróciłam. Od dłuższego czasu też starałam się rozciągać tak 5-10 minut w domu przed spaniem, bo mnie strasznie plecy bolały. Mam nadzieję, że będę mieć chęci na trochę więcej ruchu w tygodniu, ale przynajmniej wiem, że zrobiłam cokolwiek w kierunku zdrowia :)

    Także popieram metodę 5-10 minut całym sercem (i kręgosłupem) :D
    Wpis jest ciekawy a te twoje wymówki to chyba się tyczą większości, bo się idealnie pokrywają z moimi. Dodałabym jeszcze jedna – „po prostu mi się nie chce” ;)

    • Ależ ja właśnie te wszystkie wymówki podsumowałam jednym wielkim „Po prostu mi się nie chciało!!!”. Lenistwo rządzi – nie tylko mną ;D
      Fajnie, że pracując w korpo, ten kto jest chętny to zawsze znajdzie okazję do chwili ruchu i aktywności. Popieram takiego rodzaju „przerwy” w pracy, może uda Ci się kiedyś do tego wrócić :)

  • Tak jak napisałam na fp: zmotywowałaś mnie hasłem „lepsze 10 minut ćwiczeń niż 0 minut”. Mam w sobie mnóstwo zapału ale zwykle malutko siły na realizację. Pewnie dlatego, że stawiam przed sobą duże cele w ilościach sporych i potem ciężko z czasem i energią. Metoda małych kroczków jest najlepsza. 10 minut jogi, do której zabieram się od miesięcy? Wchodzę w to!

    • Jasne, zacznij od krótkich praktyk już dziś ! A potem pracuj nad tym, by nawyk pozostał na zawsze :)

  • Agnieszka

    Spróbuje Twojego sposobu. Jestem typem wiecznego początkującego. Jak zacznę regularnie ćwiczyć, to zazwyczaj albo tracę zapał po kilkudziesięciu dniach, albo, co jest chyba najczęstsze – skręcam staw skokowy lub jakoś go nadwyrężam. I wszystko mija – wypracowana kondycja, mięśnie, które zdążyłam już wzmocnić. A zaczynanie od nowa też jest beznadziejne… Minus taki, że pracuje zmianowo i czasami po długim pobycie w pracy mam ochotę położyć się tylko spać. Ale spróbuję – może też mi się uda?

    • Wieczna początkująca, tak, to również ja :) Jeśli naprawdę zechcesz zrobić cokolwiek, ale tak naprawdę… to niema innej opcji – musi Ci się udać !

  • Elżbieta Bucior

    Super artykuł! Dzięki Tobie dowiedziałam się o Gosi Mostowskiej już jakiś czas temu i teraz po przyjściu z pracy nie wyobrażam sobie już nie spędzić z nią chociażby pół godzinki :) Oprócz ćwiczeń uwielbiam kojący głos Gosi i jej cudowne przejęzyczenia. Relaks przychodzi sam! Metoda małych kroków to jest to! Życzę sobie i Tobie Alino wytrwałości na ten rok :)

    • Życzenia przyjmuję i dziękuję za miłe słowa :) Damy radę!

  • Wow, ale fajny artykuł, Alina! Zebrałaś tu chyba wszystkie moje wątpliwości i rozterki, z jakimi ja sama borykałam się przez długi czas, kiedy miałam te treningowe zrywy. Nadal zdarzają się tygodnie bez ćwiczeń – np. święta w domu – ale odkąd zaczęłam sobie na to POZWALAĆ, a nie katować wyrzutami sumienia za to, że nie ćwiczę, wracam do treningów po przerwie z ogromną przyjemnością.

    No i taki mały myk, jaki zastosowałam u siebie: dojeżdżam na siłownię, niezbyt daleko, ale zawsze i czasami zwyczajnie nie chciało mi się wychodzić z domu. Więc wszystkie sprawy do załatwienia ‚na mieście’ ustawiam na taką porę, abym mogła wyjść z torbą na siłownię i od razu po nich skoczyć na trening. :) Mała rzecz, a tak mi maksymalnie ułatwiła życie!

    • Super, bo najważniejsze, to żeby nie dać się przywalić tym własnym, perfidnym wymówkom :D Można? Można!

  • Werka Werka

    Czytając ten wpis przez naprawdę ogromnie długą chwilę miałam wrażenie, że napisałaś o mnie. Tak zwyczajnie, po prostu MI SIĘ NIE CHCE! Ale też miałam problem z kręgosłupem, tak bardzo bolały mnie plecy, że nie byłam w stanie podnieść garnka z wodą i ustawić go na kuchence. Zawsze się spinałam, żeby ćwiczyć przynajmniej te pół godziny, choć czasem czułam się tak, że pięć minut było dla mnie wykańczające. I dopiero w tamtym tygodniu zaczęłam sobie dawać luz z tym „muszę to i to” „muszę tyle i tyle”. Ćwiczę z piłką – zalecenie od fizjoterapeuty – ale robię tylko kilka ćwiczeń, które pamiętam (włączenie filmików na yt było dla mnie zawsze ogromną przeszkodą), które naprawdę sprawiają mi przyjemność i trwają średnio 10-15 minut. Jednak nie katuję się wyrzutami sumienia za każdym razem, gdy zrobię mniej powtórzeń ;) dzięki za ten artykuł, teraz śmigam spisać te wszystkie rzeczy, o których pisałaś na początku i odpowiedzieć sobie na ważne pytania, może dzięki temu będzie jeszcze lepiej? :)

  • Patrycja F

    Super artykuł! U mnie dla kontrastu sprawdziły się zajęcia yogi, ponieważ ćwicząc w grupie dodawało mi to zdrowej motywacji (o wow, ona to potrafi to ja też docisnę mocniej). Cieszę się, że się odnalazłaś bo wiele osób ma straszny problem z tym, nie wiedzieć czemu. Ale co cenie w twoim sposobie patrzenia najbardziej to to, że przyznałaś, że Ci się nie chce. To tak normalne dla ludzi uczucie, a tak się go boją. Bardzo popieram i trzymam kciuki!

  • Pati

    Bardzo dobre podejście!:) Gratuluję wytrwałości i znalezienia czegoś swojego! Koniecznie przekażę artykuł do koleżanek, które zmagają się z podobnym problemem. U mnie podejście do ćwiczeń wygląda całkiem inaczej. Właściwie całe życie zawsze coś ćwiczyłam, ale nie było zawsze takie na maksa (5-6 razy w tygodniu) tylko raczej na ile mi się chce, na ile się czuję czyli 2 do 4 razy w tygodniu. I nadal tak jest, mam okresy że ćwiczę więcej, a mam że i mniej. Myślę, że głównym problemem w prowadzeniu jakiejś aktywności fizycznej jest znalezienie czegoś odpowiedniego dla siebie. Dla mnie siłowania, fitnessy to nuuuda..ale za to uwielbiam sztuki walki Kung Fu Tai Chi, Capoeira. Rozwój fizyczny niesamowity, dużo motywacji, ponieważ po 1. trener pilnuje, po 2. zawsze jakaś konkurencja w postaci kolegów z grupy. Myślę, że wiele osób nawet nie pomyśli że takie ćwiczenia są dla niego..a mogą być!
    A ostatnio również włączyłam jogę do swojego życia ze względu na problemy z miednicą, również z Gosią Mostowską <3 Dla mnie sama joga to za mało, ale idealne dopełnienie. Co nie zmienia faktu, że lubię tzw "Netflix chill" :D
    Pozdrawiam!

  • aka

    Czekałam na ten arykuł…Dziękuje Alino!

  • Faktycznie znalezienie swojej aktywności to połowa sukcesu. :) I brak spinania się. Dobrze, że zaznaczyłaś, by nie traktować zdrowego stylu życia zero-jedynkowo! To już sporo potrafi zmienić :) Powodzenia! :)

  • High five! Ile miałam podejść do aktywności fizycznej – nie zliczę. A wszystkiemu winny był w-f w szkole… Nie oszukujmy się, ale zajęcia fizyczne w szkole nie wzbudzą w małej kulce miłości do ruchu i sportu. Wszystko na ocenę, według jakiejś dziwnej tabeli… Zawsze byłam niskopienna, nie było szans, żebym skoczyła wystarczająco daleko, czy wysoko, zgodnie z normami dla mojej grupy wiekowej… Dlatego nienawidziłam w-f. Chodziłam, ćwiczyłam, nie brałam zwolnień, ale nie lubiłam. Na studiach było lepiej, bo można było samemu wybrać sport. ale też nie do końca, bo grafik zajęć jednak dosyć ograniczał… Po studiach nie było czasu na sport (standradowa wymówka). Ale w końcu stwierdziłam, że trzeba się ogarnąć. Była siłownia, zumba, step… cuda wianki. I jak szybko pojawiał się zapał, tak szybko się kończył. Ale pojawił się rower i okazało się, że to jest to! Nic tak nie działa jak wypad za miasto w las, pedałowanie po singlach. W zeszłym roku doszły jeszcze rolki i też jest spoko, chociaż tyłek bolał. A od grudnia chodzę na siłownię, mam wykupione treningi i wydaje mi się, że tak już zostanie! Bo widzę, że jak nie myślę o wymówkach, to już działam jak automat – pakuję rzeczy i wychodzę. A jak już wyjdę, to przecież dojdę na siłownię (na szczęście mam blisko) i poćwiczę. I tak to się już kręci drugi miesiąc. Obiecałam sobie, że jak wytrwam przez 3 miesiące w ćwiczeniach, to kupię sobie opaskę sportową, taki mały motywator^^. A jak dojdzie do mnie planner, to rozpiszę pięknie cały miesiąc pod kątem treningów :D

  • Cześć,
    Mam identyczne podejście do ćwiczeń. Danego dnia odkurzę podłogę? Albo umyję okna? Lub pobiawię się biegając z psem? Aktywność zaliczona! Odrobina ćwiczeń za zdrowy kręgosłup i zmniejszenie boczków? Udało się :) i o wiele lepiej się czuję.
    Pozdrawiam,
    Kasia

  • Magdalena Kardas

    Hej
    Jestem własnie w takim momencie życia, że ten tekst spadł mi jak z nieba.. Cieszę się, że napisałaś o swoich problemach z kręgosłupem w kontekście jogi, ja własnie zmagam sie z podobnym problemem, bardzo bolą mnie plecy szczególnie po przebudzeniu. Podejrzewałam wypadanie dysku, ale byłam na prześwietleniu i lekarz orzekł, że nic tam nie widać niepokojącego, dostałam leki przeciwbólowe i tyle. Wszystko to zbiegło się w czasie z poszukiwaniem aktywności fizycznej dla siebie, byłam nawet kilka dni w klubie fitness, aby spróbować różnych zajęć i joga mnie zachwyciła, z tym, że przy wykonywaniu różnych ćwiczeń boli mnie jednka kręgosłup. I mam pytanie do Ciebie: czy mogłabyś napisac jak poradziłaś sobie z bólem pleców, czy można ćwiczyć jogę jeśli plecy bolą? Te ćwieczenia jogi własnie na zdrowy kręgosłup sprawiają mi ból:( W ciągu dnia czuje się ok, tak jakbym „rozchodziła” ten zesztywniały kręgosłup, ale każdego ranka czuję się jak stara babcia. Może powstałby jakiś wpis o tym? Myślę, że wiele osób zmaga się podobnymi problemami. Pozdrawiam ciepło:)

    • Biała Kotka

      Mam podobne problemy z kregosłupem krzyżowym. Kilka lat temu regularnie ćwiczyłam jogę i nic mnie nie bolało. Teraz gdy pójdę na jogę kręgoslupa lub ćwiczę z Gosią (o której dowiedziałam się na blogu Aliny) często nie mogę wrecz chodzić przez kilka dni. Ortopeda polecił mi ćwiczenia na leżąco i basen, widzę lekka poprawę. Twoj ból pleców po przebudzeniu może być też winą źle dobranego materaca.

      • Magdalena Kardas

        To akurat na pewno częsciowo prawda, ale niestety mam taką sytuację, że wynajmujemy małe mieszkanko, w którym jest kanapa i właściciele nie mają gdzie jej zabrać gdybyśmy chcieli kupić sobie łóżko:( więc śpimy na tej niewygodnej kanapie… ale nie sądzę, żeby to był jedyny powód bólu pleców… Co do ćwiczeń to lekarz też mówił mi, żeby leżeć na plecach, ale jak skoro wtedy właśnie najbardziej boli:( A czy mogłabyś napisac jakie ćwiczenia na leżąco wykonujesz? może na maila, żeby nie zaśmiecać tu Alinie bloga problemami kręgosłupa (kalipso18@op.pl) będę wdzięczna

  • Dawno, dawno temu, wybrałam się z mamą na Zumbę i po jednych zajęciach na których nie nadążałam za grupą i myliłam kroki, tak się zniechęciłam, że odrzuciłam myśl o zajęciach na bardzo długo.

    Jakieś 10 lat później, po porodzie postanowiłam spróbować raz jeszcze – poszłam na spinning, później na salę. I tak już zostało :) wciągnęło mnie do tego stopnia, że tydzień bez fitnessu uważam za stracony i fizycznie od razu gorzej się czuję.

    Próbowałam już wielu rzeczy – zumba (uwielbiam zumbę cardio!), spinning, step, piłki, a raz przez przypadek trafiłam na tabatę – chyba tylko cudem przeżyłam te zajęcia, ale po nich byłam już pewna, że dam sobie radę ze wszystkim. Rok temu pierwszy raz poszłam na jumping fitness (trampoliny) i chociaż jest to raczej trening dla osób, które już mają jakąś tam kondycję – to dałam radę i od czasu do czasu, zdarza mi się pójść również na te bo wiem, że jak dam radę to będę z siebie mega dumna.

    Nim poszłam na fitness, przez miesiąc ćwiczyłam w domu – bałam się kompromitacji na sali i postanowiłam potrenować nim trafię między ludzi – to też była niezła motywacja. Jak mam wolne, czasem chodzę na zajęcia dwa razy dziennie. Bo lubię i wiem, że to mi dobrze robi. Tyle dobrego, że siłownię i studio fitness mam dosłownie 100 m od domu, co bardzo ułatwia sprawę :)

    I naprawdę miałam kiedyś wiele wymówek – nie mam czasu, nie mam z kim zostawić dziecka, nie mam spodni, nie mam butów, nie mam stanika sportowego, nie mam siły, mam okres – każdy pretekst był dobry, żeby nie iść, a potem stwierdziłam, że zamiast myśleć o tym fitnessie powinnam tam po prostu pójść, choćbym miała ćwiczyć w spodniach od piżamy, trampkach i rozciągniętej koszulce z czasów zaawansowanej ciąży ;)

    Po kilku tygodniach ćwiczeń, kupiłam sobie strój do fitnessu i porządny sportowy biustonosz – to była doskonała nagroda za te wszystkie wypocone na sali godziny:D

    Na mnie działa sięganie po aktywności, które wymagają ode mnie więcej wysiłku – jak sobie poradzę z czymś trudniejszym to od razu mam totalny przypływ energii i ochotę na powtórkę. Jak nie daję rady, zwalniam i odpuszczam, albo wykonuję ćwiczenia we własnym tempie – wiem, że kiedyś będzie lepiej, że kiedyś wykonam trening na 100%. Że z każdym wydechem moje ciało będzie bardziej rozciągnięte i skore do współpracy :)

  • Magdalena Kardas

    Dziękuję bardzo za radę, musze się wybrać do fizjoterapeuty. Z łóżkiem niestety nic nie zrobię na razie:(

  • Magda

    Alina bardzo ci dziękuję za ten wpis. Miałam wrażenie, że czytam o sobie. Mi też się wiecznie nie chciało i też mam problemy z placami. Bez przerwy szukałam wymówek ;-)
    Aż w ubiegłym roku odkryłam kanał Lifemangerki i jogę.
    I to jest to :-)
    Obecnie biorę udział w 30 dniowym wyzwaniu Ani z JogaFusion i to pomaga mi ćwiczyć regularność w ćwiczeniu. Ale cały czas walczę ze sobą. Mam nadzieję, że osiągnę Twój stan.

    Pozdrawiam ciepło :-)

  • Justyna

    Cześć Alinka, tekst był faktycznie obszerny ale bardzo ciekawy i nawet nie wiem kiedy dobiłam do brzegu ;) Dziękuję, napewno polecę go mamie bo od lat cierpi na kręgosłup więc może przekona się do jogi bo póki co jej orbitrek służy jako dodatkowa suszarka na ręczniki :D

    Pozdrawiam ciepło :)
    Justyna

  • Daję koniecznie znać w komentarzu, że nie jesteś (byłaś) sama w takiej sytuacji. W zasadzie czytam i mam wrażenie jakbyś wyciągała te przemyślenia wprost z mojej głowy. Chyba nie pamiętam takiego okresu w moim życiu, kiedy byłabym zadowolona ze swojego ciała i jego wyglądu, bo u mnie zawsze chodziło o wygląd. O ten wystający brzuch, zestaw oponek idealny na zimowe mrozy, szerokie uda. Ćwiczenia w domu zaczęłam wprowadzać chyba w okolicach pierwszego roku studiów. Wtedy też Ewa Chodakowska zaczęła być popularna i na tej fali nie tylko zaczęłam z nią ćwiczyć, ale też kupiłam jej książkę. Tylko niestety zapał do ćwiczeń kończył mi się czasem po tygodniu, dwóch trzech, a potem znowu była stagnacja, tak jak piszesz. Oczywiście, po tym czasie odkryłam jeszcze wiele innych trenerek, trenerów, próbowałam różnych treningów, rozpisywałam, kalendarze, mierzenie, zdjęcia porównawcze. I co? Po 6 latach tego szaleństwa jestem dalej jak bliżej.
    W tym roku postanowiłam coś z tym zrobić i tym razem musi się udać. Zmieniłam motywację – chcę przebiec półmaraton (kiedyś biegałam po 5 – 6 km), jest on we wrześniu i dlatego chcę biegać regularnie żeby się dobrze przygotować. Mówi się, że dużo siedzi w głowie. Ano siedzi, wredny stworek, który krzyczy mi, że 3 treningi tygodniowo to za mało, żebym sobie jeszcze dodała cardio, bo przecież nigdy nie zrzucę tego tłuszczyku, a treningi wzmacniające sylwetkę, i więcej warzyw i owoców itd. Idzie zwariować.
    Ale jestem dobrej myśli, bo mam wrażenie że już mi coś przeskoczyło, zatrybiło i zaczynam na całą sprawę patrzeć inaczej. Przykładowo z rana zrobiłam sobie jogę i czuję się świetnie z tego tytułu (a stwór krzyczy, że jogą nie schudniesz, dude!)…
    Dziękuję Ci za ten wpis. Wspominasz o wielu prostych rzeczach, mechanizmach, które znam i… no właśnie, czemu nie wdrażam?! :D Małe kroki, rozpoznanie swojego wewnętrznego oporu, ulubiona forma aktywności, stała pora, praca nad przekształceniem tego w nawyk. Hm… Podsunęłaś mi pomysł na ciekawą kartę pracy!

  • Bardzo dużo opisanych tutaj powodów, dla których przestajemy ćwiczyć dotyczy większości osób. Albo katują się na siłowni do utraty tchu i zakwasów, naciągnięć. Do tego drastyczna zmiana diety o 180 stopni i po kilku dniach czy tygodniach każdy miałby dość.
    Tak jak piszesz trzeba znaleźć coś dla siebie i nie katować się, nie mierzyć czasu, a gdy powinie nam się noga nie rezygnować i nie traktować tego jak porażki tylko zacząć na nowo aktywność fizyczną.
    Pozdrawiam wszystkich, którym się nie chce, a którzy ciągle próbują od nowa.