Mimo trwającej zimy, ostatnie miesiące były wyjątkowo intensywne – dużo pracy, dużo nauki, dużo ważnych wydarzeń i dużo wielkich emocji. Zarządziliśmy więc przerwę i postanowiliśmy zniknąć ze Śląska na kilka dni, stąd moja nieobecność na blogu w minionym tygodniu. Za cel podróży wybraliśmy Bieszczady.
No to w drogę! Jedziemy w góry :) Przed nami ponad 300km – kierunek: CISNA.
Na miejsce dotarliśmy dopiero po zmroku, więc nawet nie można było dostrzec dokładnie co jest dookoła. Rano za naszymi oknami ukazał się taki oto widok.
Całkiem nieźle! Szkoda tylko, że bez śniegu. Nie wierzę, że to napisałam – ja, największa przeciwniczka zimy. Wyobraźcie to sobie jednak: taka okolica cała w śniegu musi wyglądać bajecznie.
Tego dnia mieliśmy w planie sporo chodzenia, więc należało porządnie się posilić. Właściciele domku, w którym się zatrzymaliśmy, przygotowali nam w jadalni pyszne śniadanko.
Po około 40 minutach jazdy z Cisnej do Wetliny – oto, co zastaliśmy… WSZĘDZIE BIAŁO.
Witamy w Bieszczadach!
Wejdziemy na Wielką Rawkę… yhmmm, taaaak, na pewno jeszcze dziś…
Idziemy, idziemy… Tylko tak jakby… nic nie widać.
Kochanie, jesteś pewien, że to dobry pomysł, aby tam brnąć?
Chociaż… niebrzydko tu w sumie. Tak… tajemniczo.
Przystanek pierwszy – schronisko pod Małą Rawką.
Taki klimat za progiem.
Sporo osób w okolicy poruszało się na nartach.
W drogę po raz kolejny. Wchodzimy na Małą Rawkę.
Nie widać tego na zdjęciach, ale droga była dosyć stroma i tego dnia jak dla mnie, naprawdę nie do pokonania… Jestem mięczakiem. No trudno.
Ratuuuuuunkuuuuuuu.
A potem było już tylko coraz bardziej stromo, coraz bardziej wietrznie i coraz bardziej mgliście.
Co Ty tam widzisz w tej mgle?!
Szczerze powiedziawszy – jakoś to przeżyłam :D Po zejściu z Małej Rawki przemieściliśmy się nad Solinę. Po około 30 minutach drogi zastaliśmy zupełnie odmienną scenerię.
W poszukiwaniu punktu widokowego, aby sfotografować zachód słońca nad Soliną…
A co było potem?
Tak właściwie… WYŁĄCZNIE DESZCZ. I „Gra o tron”. Dużo, dużo, dużo gry o tron.
Pogoda niestety nie była dla nas w tych dniach zbyt łaskawa. Pozwoliła nacieszyć się Bieszczadami tylko przez krótką chwilę.
Usiłowałam trochę nawet popracować przy kominku, ale kiepski zasięg i kapryśne łącze wifi skutecznie mnie do niej zniechęcały.
Zostaliśmy więc po prostu ZMUSZENI do relaksowania się. Napalone w kominku, przyjemna, rodzinna atmosfera… :)
Naprawdę brakowało mi takiej możliwości, by się trochę ponudzić. Żeby moim największym problemem był fakt, że jest mi już niewygodnie od leżenia w łóżku i jednoczesnego oglądania seriali i to, że nigdzie nie udało się kupić wędzonego sera. No po prostu – sytuacja idealna.
Ustawienie automatycznej odpowiedzi na skrzynce mejlowej i nie zaglądanie nigdzie poza Instagramem pozwoliły na niezakłócony odpoczynek i fantastyczne „zresetowanie się”.
Jedną z największych motywacji stojących za decyzją wyruszenia zimą w Bieszczady była chęć zrobienia jakichś ciekawych zdjęć. Tomek uwielbia fotografować krajobrazy, w szczególności te Polskie – stąd na blogu pojawiła się już kedyś relacja z naszych wcześniejszych „wypraw”. Zerknijcie tutaj: Polska taka piękna.
Sprzętu fotograficznego mieliśmy sporo, ale ja swoją lustrzankę celowo zostawiłam w domu. To już nie pierwszy taki raz – identycznie zrobiłam podczas urlopu rok i dwa lata wcześniej. Uwielbiam robić zdjęcia telefonem! Nie muszę nosić ze sobą ciężkiego aparatu, ani dodatkowych obiektywów i mogę działać naprawdę błyskawicznie, fotografując to, co najciekawsze.
W Rzymie wszędzie chodziłam z lustrzanką, a moje ulubione zdjęcia, do których najchętniej wracam były zrobione właśnie telefonem.
W związku z tym, że od kilku tygodni testowałam sprzęt Huawei, smarfona Honor 7, nasza wyprawa okazała się być dla niego idealnym sprawdzianem. Na moim Instagramie ostatnio publikowałam zdjęcia robione właśnie tym telefonem, więc już wcześniej mogliście ocenić jak się spisuje. Przy części z nich pojawił się specjalny hasztag #WITHonor7.
Telefon jako mój jedyny sprzęt do fotografowania sprawdził się doskonale! Wszystkie zdjęcia, które publikuję w tym wpisie zostały zrobione właśnie telefonem Huawei Honor 7. Ciężkie testy w terenie przeszedł na piątkę. A zresztą – możecie ocenić sami :) Nie będę się zagłębiać w techniczne aspekty tego sprzętu, jeśli jednak Was interesują, to odsyłam na bloga Zombie Samurai. Paweł testował Honor 7 kilka miesięcy wcześniej i możecie przeczytać jak go ocenił.
Jeśli chodzi Bieszczady, to na pewno tu wrócimy! Latem lub jesienią. Wyobrażam sobie jak cudownie muszą wyglądać w tych wszystkich jesiennych kolorach!
Są tu wśród was miłośnicy Bieszczad? Jakie miejsca odwiedziliście? Gdzie warto wejść, a gdzie warto się zatrzymać? Co Wam się najbardziej podobało? Koniecznie dajcie znać w komentarzach :)
Tekst powstał przy współpracy z Huawei Honor 7.