Recenzja: tusz do rzęs Loreal Volume Million Lashes

Muszę podzielić się z Wami moim nowym  odkryciem w kategorii tuszów do rzęs.

To mascara L’oreal Volume Million Lashes (Extra Black). Kupiłam ją zupełnie przypadkowo, kiedy nie mogłam znaleźć ulubionego (do tamtego momentu) tuszu Maybelline One by one. Cena wydała mi się względnie znośna, szczoteczka fajna więc postanowiłam zaryzykować. No i od tego momentu przepadłam, innego nie chcę.

Szczoteczka jest taka jak lubię, czyli plastikowa. Wydłuża, pogrubia, nie skleja, nie robi grudek i nie osypuje się przez cały dzień. Czyli robi wszystko to, czego oczekuję od dobrego tuszu. Czego chcieć więcej?

Poniżej zdjęcie moich rzęs pomalowanych dwoma cienkimi warstwami.

Tylko uważajcie, żeby nie przepłacić. W Rossmannie życzą sobie za nią bez promocji najczęściej 49,90zł, tymczasem w Superpharmie najczęściej możemy ją znaleźć za 39,90zł. Więcej nie dam!;)

 

Na zdjęciach możecie zobaczyć mój ulubiony ostatnio makijaż oczu – żadnych cudów, cieni, rozświetlaczy – tylko eyeliner i tusz.

Kreskę wykonałam eyelinerem w płynie Essence, za który zapłaciłam mniej niż 10,00 zł. Długo się z nim oswajałam, ale w końcu się udało. Ma nietypowy pędzelek, a właściwie to ostro zakończoną gąbeczkę. Minusem jest fakt, iż praktycznie niemożliwe jest namalowanie nim cienkiej kreski. Jeśli chodzi o trwałość – zadowalająca. Przez 12h wygląda całkiem całkiem, pod koniec dnia trochę blaknie. Na zdjęciach świeżo po pomalowaniu.

Poniżej wspomniany – Essence, Liquid eyeliner

A tutaj mój drugi faworyt – Astor, Stimulong. Ma bardzo cienki, trudny w obsłudze pędzelek i wymaga ćwiczeń… Po przyzwyczajeniu się do niego można nim wyczarować dowolną kreskę, również bardzo cieniutką.