Peeling sklepowy vs. peeling własnej roboty.

Odkąd odkryłam istnienie peelingu kawowego – co miało miejsce miej więcej 7 lat temu – nie kupowałam ich praktycznie nigdy w sklepie. I to nie z powodu bycia sknerą, tylko dlatego, że żaden sklepowy peeling nie był w stanie mu dorównać , a wierzcie mi, że szukałam…

Odnoszę wrażenie, że w sklepowych peelingach zawartość ścierających drobinek to jakieś 20-30% (w moim odczuciu). Peeling kawowy wymiata, dla mnie to takie 100% skuteczności w ścieraniu…;)

Gdybyście chcieli przygotować go samodzielnie, potrzebujecie:
– ok. 4 łyżek mielonej kawy (koniecznie już zaparzonej, w innym wypadku zafarbujecie totalnie brodzik czy wannę)
– 1 łyżeczkę cynamonu
– 1-2 łyżki soli lub cukru (używam na zmianę – uwaga z solą! jeśli macie gdzieś na skórze otarcia czy podrażnienia – będzie szczypało)
– żel pod prysznic
– olejek/oliwka/olej spożywczy

Przede wszystkim musicie eksperymentować same, robiłam go już na różne sposoby, również samą kawę z oliwką.

Jeśli jeszcze nie próbowałyście – to musicie, koniecznie! Tak gładkiej skóry jeszcze nie miałyście :) Martwy naskórek “zdarty”, nowa skóra mocno nawilżona.

Plusy to:
– niesamowicie gładka skóra po zabiegu
– praktycznie nie ponosimy kosztów, bo używamy składników, który każdy z nas ma w domu
Minusy to – ja zauważam tylko jeden:
– bardzo, bardzo intensywny zapach kawy, który może być drażniący
– po użyciu musicie wyszorować cała kabinę prysznicową lub wannę i część łazienki, bo wszystko jest w kawie :)

 

Ale uwaga, uwaga! Po licznych testach innych peelingów – na sklepowych półkach W KOŃCU pojawiła się mocna konkurencja. Jest to peeling DAIRY FUN, w ceramicznym słoiku, z przesympatyczną krówką. Możecie go kupić m.in. w SuperPharmie za ok. 20zł. Pewnie nigdy nie kupiłabym go sama, uznałabym że to kolejny pic na wodę i nie warto, abym po raz kolejny traciła pieniądze. Sprezentował mi go mój chłopak, którego rozśmieszyła krowa na opakowaniu. Uznał również, że pojemnik na pewno przyda mi się po zużyciu, bo ja lubię takie rzeczy ;)) No i cieszę się, że tak się stało. To obecnie mój sklepowy nr.1. Używam wersji mango – brzoskwinia.

Według producenta:

Peeling do ciała o zapachu mango i brzoskwini, dzięki wyjątkowej recepturze bazującej na naturalnych składnikach delikatnie masuje Twoje ciało i usuwa martwe komórki naskórka. 
Zawiera wosk pszczeli o działaniu odżywczym i wygładzającym, naturalne oleje zapobiegające wysuszaniu i tworzące ochronną warstwę na skórze oraz witaminę E, która chroni przed negatywnym wpływem wolnych rodników. 
Peeling zamknięty jest w pięknym ceramicznym słoiku.
Występuje w dwóch wersjach zapachowych:
– mango – brzoskwinia,
– karmel – jabłko.

Plusy:

– no, przede wszystkim, ściera! ;)
– pachnie po prostu obłędnie
– skóra po użyciu jest gładka i wyczuwalnie natłuszczona, jak po użyciu oliwki
– nie trzeba sprzątać całej łazienki po użyciu
– bardzo miłym akcentem jest zabawne opakowanie

Minusy:
– wyżej wspominane opakowanie mogło by być trochę lepszej jakości

Więcej minusów nie zauważam. Cena jest przystępna, działanie znakomite. Z pewnością powtórzę ten zakup.