DESIGNYOURLIFE PLANNER

Ten wpis pierwotnie planowałam zatytułować tak: “Zacznij w końcu robić swoje i rób to najlepiej, jak potrafisz”, jednak po zakończeniu tworzenia posta nowy tytuł przyszedł do mnie sam. A wszystko przez blogową ankietę, o wypełnienie której poprosiłam Was kilka miesięcy temu, pamiętacie? To właśnie jeden z Waszych komentarzy skłonił mnie do stworzenia tego tekstu:

„Bardzo lubię Twojego bloga, jesteś naprawdę fajna, ale czasami mnie strasznie irytujesz. Ciągle piszesz o tym, żeby działać, realizować się, planować. A niektórzy nie mają tak fajnie jak Ty, ja muszę codziennie wstawać do pracy przed świtem i zasuwać po 12h dziennie.”

To był dzień jak każdy inny. Zima 2013. Siedziałam w pracy przy biurku ze łzami w oczach i trzęsłam się ze złości. Chwilę wcześniej skończyłam spotkanie z klientką, która po raz piętnasty zmieniła ustawienie szafek w kuchni, którą dla niej projektowałam. Szef właśnie mnie ochrzanił – już sama nawet nie pamiętam za co – i na dodatek właśnie dowiedziałam się, że zrobiłam błąd w opisie wymiarów frontów do jednej ważnej realizacji, przez co montażyści nie będą mogli zamontować wszystkiego na czas. Muszę powiedzieć o tym kierownikowi i nawet boję się myśleć, jak zareaguje na tę radosną wiadomość. No po prostu WSPANIALE. Na uczelni zimowa sesja w toku, spałam niecałe trzy godziny, bo w nocy usiłowałam się uporać z kolejnymi projektami na zaliczenie.

Dla relaksu, w ramach poprawy nastroju podczas przerwy śniadaniowej, postanawiam poprzeglądać trochę “aktualności” na moim ulubionym Instagramie. Pamiętam to dokładnie. Przewijałam sobie kolejne zdjęcia i natknęłam się na TO, przy którym szlag mnie jasny trafił. To było zdjęcie popularnej blogerki modowej i jej nowych paznokci, a chwilę potem zdjęcie MacBooka w jednej z modnych, poznańskich knajpek, kolorowe sałatki, kawa i te cholerne hasztagi w stylu #work #ilovemyjob #ilovemylife #blablabla. Przecież zaledwie kilka dni temu wrzuciła zdjęcie nowych wzorków na paznokciach i co… znowu?! Ktoś jej nawet wtedy wytknął to w komentarzach, odpisała chyba coś w rodzaju, że te poprzednie jej się nie podobały. Rany! Ja też pisałabym #ilovemyjob, gdybym prowadziła takie życie, jak ona! Co ona wie o ciężkiej pracy?!

I wtedy TO się stało – zaczęłam pisać swój pierwszy w życiu hejterski komentarz. Nie przytoczę Wam dzisiaj jego treści, bo aż tak dokładnie jej nie pamiętam. Przekaz był w stylu „Co ona wie o pracy? Niektórzy muszą ciężko pracować, by móc opłacić sobie studia i dojazdy itp., więc niech z łaski swojej daruje już te hasztagi”. I wtedy coś TAK BARDZO mnie uderzyło… Oczywiście nie wysłałam tego komentarza, ale pamiętam to uczucie jakby dziś. Dotarło do mnie jak bardzo jej zazdroszczę. TAK BARDZO ZAZDROSZCZĘ. Nie tych cholernych wzorków na paznokciach, bo mam je naprawdę głęboko gdzieś. Zazdroszczę czasu i możliwości prowadzenie takiego “mojego” życia, jakie sama dla siebie wymarzyłam. Chciałabym mieć czas na studiowanie, na swoje pasje, chciałabym mieć czas i pieniądze na jedzenie w modnych knajpach i restauracjach, chciałabym mieć… możliwość zrobienia zdjęć na bloga w dziennym świetle, bo zimą po powrocie do domu z pracy od dawna jest już ciemno. Ciągle siedzę przed kompem – albo w pracy, albo w domu, nieustannie. Chciałabym, by było mnie stać na te cholerne wzorki na paznokciach i bym mogła ich sobie świadomie nie zrobić. Ona to ma życie! Ona to ma dobrze!

Przecież właśnie prawie zostałam… hejterem! Takim najprawdziwszym na świecie. Wtedy właśnie zrozumiałam skąd się bierze większość komentarzy mających na celu wbicie kolejnej szpileczki i symboliczne potraktowanie „z góry”. Z najzwyczajniejszej w świecie, ludzkiej frustracji i zazdrości. Ja sama przez te kilka lat dostałam takich komentarzy i szpileczek sporo. Teraz w pełni rozumiem ich autorów, bo sama wtedy chciałam zachować się identycznie. Tylko… drodzy hejterzy, wiecie, co ja wtedy zrobiłam? Kliknęłam UNFOLLOW, by nie irytować się już więcej.

Wykasowałam treść komentarza i nigdy go nie wysłałam. Tego dnia postanowiłam, że czas najwyższy przestać się nad sobą użalać, tylko zacząć w końcu ROBIĆ SWOJE I ROBIĆ TO WSZYSTKO NAJLEPIEJ, JAK POTRAFIĘ. I NIE PRZESTAWAĆ. Ta uzmysłowiona sobie zazdrość została w pewnym sensie moją motywacją.

Dużo zmieniło się od tego czasu i nie chodzi mi nawet o moje życie, ale o sposób myślenia. Dzisiaj znowu śledzę Jessicę na Instagramie, ale już jej nie zazdroszczę. No dobra, może zazdroszczę jej torebek Chanel, ale w taki zdrowy sposób i szczerze kibicuję też wszystkim innym polskim blogerkom, gdy zdarza im się odnosić prawdziwe sukcesy. Zdjęcia paznokci oglądam w ramach ciekawostki, bo teraz przede wszystkim widzę, jak wielką ilość pracy one wszystkie musiały wykonać by być w tym miejscu, w którym są obecnie.

Ta zmiana myślenia zmieniła wszystko. A co było później? (Kto czyta regularnie, ten zna szczegóły). Tak jak napisałam wyżej: działałam i nie przestawałam – to tak w gigantycznym skrócie. Pół roku później rzuciłam pracę na etacie i postanowiłam pracować jako freelancer. Było ciężko, a nawet jeszcze ciężej. Ponad rok temu założyłam własną działalność. Teraz też wcale nie jest łatwo. Bywa naprawdę cholernie trudno, ale nie zamierzam się poddawać, bo mam swoje cele.

Dzień i sytuacja, które Wam opisałam okazały się w pewnym sensie moim punktem zwrotnym. Był mi bardzo, ale to bardzo potrzebny i pozwolił wiele zrozumieć. I takich pozytywnych, własnych punktów zwrotnych Wam wszystkim życzę :)