Praca na etacie, czy praca na własny rachunek? Pierwsze refleksje.

Mijają właśnie trzy miesiące od momentu, w którym zostałam swoją własną szefową. W połowie maja zdecydowałam ostatecznie, że czas najwyższy na zmiany (pisałam Wam o tym więcej w tym poście) i po czterech latach rzuciłam swoją pracę na etacie. Nie chciałam wyskakiwać z tym postem zbyt wcześnie, bo musiałam się wiele, wiele na ten temat nauczyć. Myślę, że teraz mogę się już podzielić z Wami moimi wrażeniami i przemyśleniami na ten temat – jak skutecznie zarządzać swoim czasem, jak pracować bez presji szefa “nad głową” i jak się w tym wszystkim ani nie rozleniwić, ani nie zapracować na amen.

 

WAŻNE, na wstępie

Nie chcę nikogo zachęcić do postępowania tak jak ja – bo każdy z nas czym innym się zajmuje, ma inny zawód, inny charakter i inne cele w życiu – i to, co sprawdziło się u mnie nie musi sprawdzić się u Was. Nie zachęcam nikogo do podejmowania ryzyka w sposób nierozsądny. Każdy czas w życiu rządzi się swoimi własnymi prawami. Mając na głowie zobowiązania finansowe nie możemy zacząć wszystkiego od nowa z dnia na dzień. Sama do swojej decyzji przygotowywałam się przez wiele miesięcy – starałam się spłacić kredyt, uwolnić od opłat za studia, odłożyć coś na czarną godzinę itp.

 

Dlaczego postanowiłam rzucić swoją wygodną pracę na etacie?

Wiele z osób, którym mówiłam o swojej decyzji o odejściu z pracy starało się mi wytłumaczyć, że to bardzo, ale to bardzo głupi pomysł. Że nie rzuca się porządnej i wygodnej posady, z umową o pracę i o stałych godzinach. Dlaczego więc to zrobiłam? To banalne, ale po prostu: nie czułam się szczęśliwa. Bo każdego dnia – począwszy od tego najbardziej pierwszego, w pierwszej poważnej pracy, zaraz po maturze – towarzyszyło mi uczucie, że etaty nie są dla mnie. I nie interesowało mnie, że “wszyscy” właśnie o takiej pewnej pracy marzą, o 8 godzinach za biurkiem, z wypłatą każdego 10 dnia miesiąca. Ja lubię działać po swojemu. Inaczej. Czasami wbrew wszystkiemu i trochę wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale nic nie poradzę na to, że to mnie właśnie uszczęśliwia.

Co mi tak bardzo przeszkadzało? Że najlepszą część dnia spędzam nie tam, gdzie bym sobie tego życzyła. W czasie, gdy mam ochotę działać i robić wszystko na raz – nie mogę się zajmować tym, na co mam ochotę. Nie mogę się zajmować swoimi własnymi projektami, nie mogę przygotowywać swoich DIY, nie mogę robić zdjęć w czasie, gdy mam najlepsze, naturalne światło… :) Nie zrozumcie mnie źle – w pracy nauczyłam się większości tego co wiem i potrafię, i jestem za to doświadczenie bardzo wdzięczna. Ale nie mam zamiaru bez końca czekać, aż wszystkie moje marzenia spełnią się same.

 

Plusy pracy na własny rachunek

Po pierwsze: sama decyduję o zleceniach, które przyjmuję, projektach, w które się angażuję. Będąc zatrudnionym u kogoś nie mamy na ten temat nic do gadania.

Po drugie: sama decyduję o własnym czasie i dysponuję nim wedle własnego uznania. Mogę wstawać, o której mi się podoba, pić tyle kaw w ciągu dnia, na ile będę miała ochotę i robić sobie przerwę wtedy, gdy uznam to za stosowne. Mogę wyskoczyć na zakupy w samo południe, lub umówić na śniadanie na mieście. Nie muszę tłumaczyć się przed szefem, że muszę pójść do dentysty i nie muszę brać urlopu, by wyjechać gdzieś ze znajomymi na długi weekend. Taaaak. Niezależność i możliwość samodzielnego dysponowania czasem to dla mnie chyba jeden z najbardziej istotnych plusów.

Po trzecie: mam czas na to, co lubię – również w ciągu dnia! :) Mogę nakręcić o 10 rano nowy film na youtube i zajmować się fanpage’m wtedy, gdy ludzie są najbardziej aktywni. Mogę robić zdjęcia w dobrym świetle i żaden z obecnych w domu… domowników mi w tym nie przeszkadza.

 

Minusy pracy na własny rachunek

Po pierwsze: brak regularnego wynagrodzenia i niepewność tego, co będzie jutro. To chyba jeden z największych minusów, ale nie na tyle duży, bym nie była gotowa, by podjąć ryzyko. Bo plusy to wynagradzają :)

Po drugie: trudność ze zmotywowaniem się do wczesnego wstawania i efektywnej pracy.

Po trzecie: jeśli naszym miejscem pracy staje się dom, to można w samotności zwariować. Ale wtedy zaczynamy częściej wychodzić z domu, by pospotykać się z innymi ludźmi, więc to właściwie plus, a nie minus.

No i jak widzicie, o minusach zbyt wiele tutaj nie ma. Napisałam je trochę na siłę, spoglądając na sprawę obiektywnie i z dystansu.

 

Praca w domu - moje refleksje

 

Czego nauczyłam się na temat pracy w domu?

Na początku było mi bardzo, bardzo trudno. Czerwiec nie był dla mnie najłaskawszym z miesięcy, bo musiałam się jeszcze wiele nauczyć. Ale mam dla Was kilka rad :) Na razie temat traktuję tak bardziej “z grubsza”, a jeśli przypadnie Wam on do gustu, to przygotuję bardziej szczegółowy post na temat pracy w domu.

 

Po pierwsze: nie można spać zbyt długo.

To kusi – baaardzo. Fakt, że nie musimy zaczynać naszej pracy o konkretnej godzinie nie działa na naszą korzyść. O wiele łatwiej wstaje się o 6 czy 7 rano, gdy po prostu MUSIMY być w pracy o 8. Gdy nie musimy, to domyślacie się na jakimś poziomie jest nasza motywacja do wyjścia spod ciepłej kołderki. ALE! Długie spanie to zło. Zauważyłam, że  wstając zbyt późno – np. o 9 – przez cały czas towarzyszy mi uczucie, że coś zawaliłam, że zmarnowałam najfajniejsze, poranne godziny i dzień będzie teraz zbyt krótki.

Moja optymalna godzina to obecnie 7:30 i właśnie tak staram się codziennie wstawać, koło 8 zjadam śniadanie i zabieram się do pracy. Oczywiście każdy musi znaleźć swój własny złoty środek. Osobiście mimo najszczerszych chęci nie potrafię – i nawet nie chcę – zrywać się z łóżka o 6 rano, jak wcześniej. Skoro ja tu rządzę, to chcę mieć chociaż coś od życia! ;)

 

Po drugie: trzeba wyszykować się rano tak, jak gdybyśmy się gdzieś wybierali

Świetnie chodzi się w piżamie do południa, ale tylko w sobotę i nie częściej niż raz w miesiącu. Na co dzień to się nie sprawdza. Jeśli siedzę w domu taka “rozmemłana”, to praca automatycznie jakoś gorzej i wolniej mi idzie. Pojawia się nam milion wymówek, by czegoś akurat dzisiaj nie załatwić i by nigdzie się nie ruszać. Nie chodzi mi o to, by wbijać się rano w elegancką sukienkę i szpilki, ale zrobić sobie normalny, codzienny makijaż, doprowadzić do porządku włosy i założyć wygodne, ale ładne ciuchy. Stary i rozciągnięty dres do również zło! Osobiście preferuję tuniki + legginsy. I nie wstyd mi otwierać drzwi przychodzącemu po przesyłki ze sklepu kurierowi, a gdy koleżanka zapyta, czy nie mam ochoty wyskoczyć na szybką kawę – to nie wykręcam się mówiąc, że siedzę taka nieogarnięta i może jutro… Tylko wskakuję w balerinki i idę korzystać z tego, że… MOGĘ :)

 

Po trzecie: dobrze jest ustalić sobie godziny pracy

W byciu swoim własnym szefem czyha na nas pewna niebezpieczna pułapka, mianowicie: praca przez okrągłą dobę. Muszę Wam przyznać, że cały czas z tym walczę i to chyba mój największy problem. Ciągle siedzę kończąc coś po nocach, bo w ciągu dnia tak świetnie rozmawiało mi się z kolegami na fejsie. I obawiam się, że nigdy nie zwalczę tego w 100%, bo to, co robię sprawia mi tak dużą radość, że nie jest istotne, czy piszę coś/edytuję/projektuję o 10:00 czy 22:00…

 

Po czwarte: organizer to absolutny must have

Nie byłabym wstanie bez niego funkcjonować. Zapisuję wszystko – w tym swoim idealnym, wiecie jakim :) – i dzięki temu nie gubię się w panującym dookoła mnie chaosie. Łatwo jest zrobić sobie wolne i stracić czas przed telewizorem czy przy innej rozrywce, którą lubimy, jeśli nie mamy gdzieś czarno na białym napisane CO MAMY DO ZROBIENIA. W organizerze mam jasno zaznaczone co mam kiedy skończyć, jakiego mejla wysłać, jaki telefon wykonać, jaki post napisać i jakie zdjęcia obrobić. Nie powiem, żebym zawsze realizowała plan w 100%, co to, to nie :D Wy ciągle myślicie, że jestem jakimś mistrzem organizacji, a tutaj nie ma nic bardziej mylnego. Ja się po prostu STARAM. Codzienne plany realizuję zwykle w 60-80%, ale to już zwykle i tak dwa razy więcej, niż zrobiłabym bez jasno określonej listy rzeczy do zrobienia.

 

ORGANIZER

 

Warto? Nie warto?

Każdy dzień utwierdza mnie w przekonaniu, że podjęłam słuszną decyzję. Wolność i niezależność przynosi mi jeszcze większą satysfakcję, niż wcześniej przypuszczałam, że będzie. Te minusy, o których napisałam – tak naprawdę dla mnie nie istnieją. Jeśli marzycie o zostaniu swoim własnym szefem/szefową, to polecam to Wam z całego serca. Ale podejdźcie do sprawy odpowiedzialnie i zaplanujcie sobie wszystko z odpowiednim wyprzedzeniem.

 

# Jeśli Wy również pracujecie samodzielnie, na własny rachunek i bez szefa nad sobą, to chętnie dowiem się do myślicie na ten temat i chętnie poznam Wasze sposoby na jak najbardziej skuteczną pracę :)