Podsumowanie całości wyzwania “30 days to change”

Cztery tygodnie planu zmian minęły szybciej, niż byłam w stanie się zorientować. Jeśli nie wiecie o czym mowa, to ideę wyjaśniałam tutaj, a tutaj podsumowywałam pierwsze dwa tygodnie.

Dzisiaj będzie wyłącznie dużo pisaniny, więc jeśli Was ten temat nie interesuje, to radzę przestać już teraz ;)

W trzecim tygodniu zaczęło mnie powoli dopadać zniechęcenie (może dlatego, że plan zakładał trzymacie się ścisłych zasad) i zaczęłam coraz więcej rozmyślać nad sensem przeprowadzania tego typu wyzwań. No bo tak na logikę – czy to jest w ogóle realne, aby ułożony przez kogoś 30 dniowy plan mógł mi w czymś pomóc? Moje życie się nie zmieniło. A to ci niespodzianka. Jestem jednak bogatsza o ciekawe doświadczenie i dużą dawkę motywacji, aby dalej coś zmieniać.

Tydzień trzeci, czyli tydzień perfekcyjnego stylu życia skłonił mnie do zapisania się na siłownię i regularne jej odwiedzanie – mam karnet, więc trudniej się wykręcić. W kwestii zdrowszego odżywiania – nie byłam w 100% grzeczna w tym trzecim tygodniu. Czasem po prostu chciało mi się zjeść coś nieprzepisowego. Myślę, że nawet nie chcę mieć prowadzić PERFEKCYJNEGO STYLU ŻYCIA, wystarczy mi taki zbilansowany i elastyczny. Aktywność fizyczna 2 razy w tygodniu to dla mnie maksymalna ilość, na którą mogę wygospodarować czas chodząc do pracy, na uczelnię,  zajmując się blogiem i prowadząc najnormalniejsze w świecie życie poza tym wszystkim. Na spanie regularnie 7h po prostu nie mogę sobie pozwolić, bo brakuje mi wtedy dnia ;) A co do zmian w wyglądzie – to zaczęłam już w drugim tygodniu, o czym pisałam ostatnio, a stylu ubierania teraz zmienić nie mogę, bo mam ważniejsze wydatki ;)

Tydzień czwarty, czyli tydzień planowania swojego czasu zaczęłam przeprowadzać już od początku planu ;) Od miesiąca regularnie korzystam z kalendarza, określiłam jasno cele, które chcę zrealizować, rozbiłam je czynniki pierwsze i staram się nad nimi codziennie, powoli pracować. Uporządkowałam swoje otoczenie. Nawyk zapisywania wszystkiego mam już od bardzo dawna, bo najlepsze pomysły przychodzą mi zawsze w nieodpowiednim momencie, więc natychmiast zapisuję je w telefonie lub na małej karteczce (uwielbiam karteczki!). A co do pożeraczy czasu… to jest ich w moim życiu stosunkowo niewiele. Telewizję oglądam z doskoku, facebook zajmuje mi maksymalnie 30 minut dziennie, większość społecznościowych serwisów śledzę na telefonie, przy komputerze inspiruję się lub pracuję.

Do czego doszłam po tych czterech tygodniach… że pracować nad sobą trzeba stale. Że trzeba sobie napisać taki życiowy biznes plan, określić cele i systematycznie je realizować. Wiem, że to brzmi banalnie. Ale to na prawdę jest takie banalne – i skomplikowane zarazem. Niesamowicie trafnie ujęła to autorka bloga “Efekt halo”, w jednym poście opisując przepis na sukces krok po kroku. Plan musimy ułożyć sobie samodzielnie. Ten ułożony przez kogoś innego jak najbardziej może nam pomóc – ale wydaje mi się, że tutaj potrzeba o wiele więcej własnej inicjatywy. DO PRZODU, bez przerwy. Nie mam zamiaru przestać.

A WY – wytrwaliście? Macie jakieś przemyślenie na ten temat? Chętnie je poznam.